Konstanca (10/2017)

 

Skąd biorą się pomysły wyjazdów? Bywa, że z książek. Bywa też, że inspiracją są wcześniejsze podróże. Bywa wreszcie, że jedno z drugim się wiąże, na przykład gdy zauroczony pobytem nad Morzem Czarnym „ktoś” kupuje książkę Charlesa Kinga „Odessa. Geniusz i śmierć w mieście snów” i na jednej z pierwszych stron znajduje taką oto mapkę…

… a na niej miasto o intrygująco brzmiącej nazwie Constanta.

Kilka dni później „ktoś” i jego drużyna mają już zarezerwowane noclegi i wstępnie wyznaczoną trasę przejazdu 🙂

Skład wycieczki jest tym razem 9-osobowy (i 3-pokoleniowy!), więc decydujemy się na przetestowanie nowego środka transportu, czyli busa. Rozwiązanie to okazuje się strzałem w dziesiątkę – płacimy mało, jedziemy wygodnie i możemy na bieżąco decydować o postojach, w czasie których posilamy się i karmimy bezpańskie psy, lub podziwiamy krajobrazy i karmimy bezpańskie psy, czasem pijemy kawę i karmimy bezpańskie psy, albo po prostu… karmimy bezpańskie psy. Bezpańskie zwierzęta to zdecydowanie jeden ze znaków rozpoznawczych Rumunii.

Drugą charakterystyczną cechą tego kraju – przy założeniu, że nie była to jedynie kwestia przypadku i naszego pecha – jest bardzo słaba znajomość języka angielskiego wśród pracowników restauracji, sklepów, kantorów itp. Kupienie na podbukaresztańskiej stacji benzynowej kawy z mlekiem okazało się na przykład misją niemal niewykonalną i to mimo przetłumaczenia mleka na kilka europejskich języków, a także na język obrazowo-dźwiękowy z wykorzystaniem onomatopei „muuu” (rozmówki zostały niestety w busie). Zresztą kto wie, może ta kawa z mlekiem była po prostu karą za to, że w czasie jazdy bardzo nonszalancko podeszliśmy do nauki języka rumuńskiego i zamiast nabiału woleliśmy wkuwać czapkę z daszkiem, jesionkę i firanki.

Pod Bukaresztem poznaliśmy ponadto całkiem nowe znaczenie słowa „obwodnica”, które w tamtych rejonach oznacza okalającą miasto drogę dwupasmową (po jednej nitce w każdym kierunku), poprzecinaną gęsto drogami poprzecznymi, z których każda ma pierwszeństwo wobec obwodnicy. Dodając do tego brak sygnalizacji świetlnej oraz ogromne natężenie ruchu otrzymaliśmy gotowy przepis na k o r e k.

Na szczęście na podorędziu mieliśmy przygotowaną specjalnie na wyjazd rumuńską playlistę, która umilała nam czas:

      • 01 – Sandu Ciorba – Dalibomba

    Sandu Ciorba to jeden z głównych przedstawicieli stylu muzycznego „manele”, będącego mieszanką muzyki cygańskiej, orientalnej oraz współczesnej muzyki pop. Styl ten najłatwiej opisać jako rumuńskie disco polo i – podobno – to właśnie dzięki Polakom muzyk stał się sławny na YouTubie, a „Dalibomba” wyrosła na hit internetu. Teledysk co prawda ani gustem ani kunsztem nie grzeszy (a raczej jest tak straszny, że… trudno oderwać od niego wzrok), ale w samochodzie tego nie widać, a sama piosenka do wspólnych śpiewów nadaje się idealnie. No i jest prawie po polsku 😉

      • 02 – Shantel – Disko Partizani

    Shantel to w rzeczywistości Stefan Hantel – niemiecki DJ i producent muzyczny pochodzący z północnej Bukowiny. Shantelowi do Sandu Ciorby jest bardzo daleko, ale jego „Disko Partizani” śpiewa się równie dobrze.

      • 03 – The Tango Saloon With Mike Patton – Dracula cha cha

    Co prawda to nie Transylwania była celem naszej podróży, ale motyw „Dracula, Dracula, Dra…” i tak stał się wycieczkowym hitem 🙂

      • 04 – Fanfare Ciocarlia – Duj Duj

    Fanfare Ciocărlia to orkiestra dęta, której członkowie zaczynali od grania na weselach i chrztach. Ich styl muzyczny czerpie głównie z tradycji romskiej i rumuńskiej, ale są w niej też elementy muzyki tureckiej, bułgarskiej, serbskiej i macedońskiej – stąd pewnie pojawiające się po odsłuchaniu pierwszych dźwięków skojarzenie z orkiestrą Gorana Bregovica.

      • 05 – Nicolae Guta – Gigolo (kolejna odsłona stylu manele)
      • 06 – ADDA – Canta Cucu (piękne wykonanie tradycyjnej pieśni rumuńskiej)
      • 07 – Asu si Claudia – Foarte Tare Foarte Fain (radosny pop)
      • 08 – Gipsy Casual – Ileana Ileana (przyprawiona elektroniką muzyka bałkańsko-cygańska)
      • 09 – Orchestra Fraților Advahov feat. Alex Calancea Band si GUZ – Hangul (połączenie muzyki gór z elementami hip-hopu)
      • 10 – UDDI si Aseara ti-am luat basma (pop)
      • 11 – Vescan – Tic-Tac (feat. Mahia Beldo) Xsession Version (hip-hop)
      • 12 – Vescan feat. Florin Ristei – Las-o… (Xsession Version) (hip-hop / pop)
      • 13 – Dj Criswell – Mi-au mancat fetili banii (Bootleg) (folklor w wersji elektronicznej)
      • 14 – Mahala Raï Banda vs. Shantel – Mahalageasca – Bucovina Dub (orkiestra dęta)
      • 15 – Loredana Zdob si Zdub feat. Skizzo Skillz – La carciuma de la drum (pop)
      • 16 – Randi – Ochii ăia verzi (pop)
      • 17 – Cabron feat. Stefan Banica – La masa mea (hip-hop / pop)
      • 18 – Mihail – Who You Are (bardzo dobry pop)
      • 19 – Mihail – Ma ucide ea (bardzo dobry pop)

Takie muzyczne osłuchanie się z językiem polecam zwłaszcza tym, którzy do Rumunii wybierają się po raz pierwszy, język rumuński jest bowiem bardzo specyficzny. Jeszcze w XIX wieku ponad 50% występujących w nim słów miało pochodzenie słowiańskie, a więc bliskie naszemu uchu – dopiero później uległ on urzędowej reromanizacji, polegającej na zastępowaniu wyrazów nieromańskich nowymi, pochodzącymi głównie języka francuskiego i włoskiego. Można więc powiedzieć, że jest to język w pewnej mierze sztuczny, co odbija się na jego odbiorze – brzmi intrygująco, ale też dość nienaturalnie. Na szczęście majstrując przy nim pomyślano też o zapisie literowym i w 1860 roku alfabet łaciński zastąpił cyrylicę (uff!).

Konstanca ugościła nas ładnie, ale trudno jej było ukryć, że na październikowych gości przygotowana za bardzo nie była. Odwiedziliśmy ją w momencie, gdy siedząc przy pustej plaży, patrzyła bezradnie na resztki po hucznych, letnich zabawach. Powiedziała więc tylko dzień dobry, kazała się częstować tym co znajdziemy i wróciła do swojego cichego czuwania.

Do atrakcji, których czarnomorska gospodyni jesiennym gościom nie serwuje należą m.in. Telegondola Mamaia oraz delfinarium.

Telegondola Mamaia (http://www.travelinconstanta.com/ro/event/telegondola-mamaia),  to – jak mówi opis – „kompleksowa kolejka linowa przeznaczona dla turystów, którzy chcą podziwiać panoramę kurortu Mamaia”. Całkowita długość trasy wynosi 2000 metrów. Atrakcja czynna jest tylko w sezonie i… słusznie, bo poza sezonem nie byłoby co z niej podziwiać. Z nadejściem jesieni z plaży znika wszystko poza śmieciami, a kurort jest (dosłownie!) rozmontowywany:

2/9 wycieczki na tle rozmontowywanego kurortu Mamaja
7/9 wycieczki na tle rozmontowywanego kurortu Mamaja

Ostatecznie, po zdemontowaniu i schowaniu do szafy całej wakacyjnej infrastruktury, z kurortu zostaje mniej więcej tyle…

… i aż trudno uwierzyć, że w lecie dzieją się tu takie rzeczy:

(źródło: https://www.festicket.com/festivals/neversea-festival/2017/)

Konstanckie delfinarium (http://www.delfinariu.ro/) poza sezonem również jest nieczynne, ale że stanowi ono zaledwie jeden z kilku elementów Zespołu Muzealnego Nauk Przyrodniczych (Complexul Muzeal de Ştiinţe ale Naturii), to na pocieszenie mogliśmy skorzystać z oferty planetarium i w czasie 45-minutowego, rumuńskojęzycznego seansu o historii astronomii, wyświetlanego za pomocą rozstrojonego projektora, uciąć sobie drzemkę na skrzypiących fotelach, a następnie odwiedzić radośnie witających nas mieszkańców minizoo:


Nieosiągalną atrakcją okazały się ponadto sklepy z pamiątkami – przez tydzień nie znaleźliśmy ani jednego, w związku z czym Konstanca zapisuje się w kronikach jako pierwsze odwiedzone przez nas miejsce, którego namagnesowana podobizna nie zdobi domowej lodówki. Tymczasem magnes z takim na przykład muralem z konstanckiego portu, autorstwa rumuńskiego artysty Obie Platona, to byłoby coś:

źródło: http://obieplaton.com/

Wszystkie powyższe braki można jednak jeszcze zrozumieć. Gorzej, że to, czym miasto mogłoby (i powinno!) chwalić się cały rok jest w większości przypadków zaniedbane, zniszczone lub wręcz zrujnowane. Najjaskrawszym tego przykładem jest wizytówka Konstancy, czyli nadmorskie kasyno:

Ten secesyjny budynek, o bajecznie pięknej architekturze, malowniczo wkomponowany w przyportowe nabrzeże, mógłby sam jeden pociągnąć pozasezonową turystykę miasta. Tymczasem pozwolono na to, by popadł w niemal całkowitą ruinę.

Najsmutniejsze jest to, że kasyno przetrwało dwie wojny (w czasie II wojny światowej urządzono w nim szpital) oraz długie lata komunizmu (wtedy funkcjonowała w nim restauracja), a jego najgorsze czasy przyszły dopiero po 1990 roku, czyli w momencie, gdy budynek miał – teoretycznie – największe szanse na ponowny rozkwit.

Obszerną i bardzo aktualną (bo z 2016 roku) relację z wnętrza kasyna, opatrzoną doskonałymi, choć robiącymi przygnębiające wrażenie zdjęciami, można znaleźć tutaj: Kasyno w Konstancy – fotorelacja . Jej autorem jest holenderski fotograf urbanistyczny, Roman Robroek, w którego obiektywie opuszczone i zdewastowane budynki zamieniają się w niemal malarskie arcydzieła. Zainteresowanym polecam jego stronę: Roman Robroek Photography, na której można znaleźć niejedną podróżniczą inspirację. Wracając jednak do kasyna – pozostaje mieć nadzieję, że władze Konstancy otrząsną się zanim budynek całkowicie zniszczeje i że ze schronienia dla gołębi i kotów stanie się on znów architektoniczną perłą miasta.

Kasyno w Konstancy, autor zdjęć: Roman Robroek (źródło: https://romanrobroek.nl/the-abandoned-casino-of-constanta/)

Daleko do doskonałości ma zresztą niestety cała stara część Konstancy, skupiona w dzielnicy Peninsula (czyli „Półwysep”). Co prawda widać, że część kamienic jest odrestaurowywana i powoli odzyskuje blask, ale tempo prac wskazuje na to, że niektórych budynków raczej nie uda się już uratować…

Dodatkowym nieszczęściem miasta są zadziwiająco licznie występujące nieudane inwestycje budowlane. Jeden z takich „szkieletorów” straszy nawet w samym sercu miasta, czyli przy Placu Owidiusza (Piaţa Ovidiu):

Wokół placu widać też jednak pierwsze oznaki działań sugerujących zainteresowanie się władz turystycznym potencjałem miasta. Przede wszystkim miejsce to wyłączone zostało z ruchu samochodowego, stając się przestrzenią rekreacyjną, dedykowaną mieszkańcom i turystom. Siedząc w jednej ze zlokalizowanych przy placu kafajek można podziwiać m.in. budynek Muzeum Historii i Archeologii (Muzeul de Istorie Națională și Arheologie Constanța)…

…oraz zlokalizowany przed nim pomnik Owidiusza z 1887 roku, którego autorem jest włoski rzeźbiarz Ettore Ferrari:

Dla osób zainteresowanych ekspozycją, muzeum przygotowało krótki filmik zachęcający do wizyty (źródło: http://www.minac.ro/):

  • Na mojej konstanckiej liście zachwytów główne miejsce zajmuje jednak nie muzeum, a Wielki Meczet (Marea Moschee din Constanța), zwany też Meczetem Karola, zbudowany w latach 1910-1913:

    Budowlę wykonano w stylu egipsko-bizantyjskim, a przyległy do niej minaret – w mauretańskim. Ten ostatni liczy 47 metrów wysokości, a na jego szczyt prowadzi 140 stopni. Obiekt jest dostępny dla odwiedzających, a ponieważ mnie nie trzeba zbyt długo namawiać do wdrapywania się gdziekolwiek, to już po chwili minaret został zdobyty. Widok z góry trudy wspinaczki wynagrodził po stokroć:

    We wnętrzu meczetu warto natomiast zwrócić uwagę na malowidła ścienne oraz na 200-letni dywan o wadze przekraczającej 490 kg i rozmiarze 9 x 16 m, wykonany ręcznie w słynnym centrum rzemiosła Hereke w Turcji.

    Na mojej liście zachwytów znajduje się też inny obiekt sakralny – Katedra św. Piotra i Pawła (Catedrala Sfinții Apostoli Petru și Pavel), wybudowana w latach 1883-1885 jako pierwszy rumuński kościół w Konstancy:

    Po zniszczeniach wojennych pieczołowicie ją odnowiono i obecnie oko cieszy zarówno sam gmach świątyni, jak i jego wnętrze (m.in. dębowy ikonostas i chór, kandelabry i neobizantyjskie freski).

    Niedaleko katedry, przy nadmorskim bulwarze, natknąć się też można na pomnik opatrzony tabliczką „Carmen Sylva. Regina si poeta a Romaniei”. Powstał on w hołdzie dla ukochanej przez Rumunów Elżbiety zu Wied, pierwszej królowej Rumunii, a zarazem poetki, piszącej właśnie pod pseudonimem Carmen Sylva:

    Po przeciwnej stronie Placu Owidiusza znajduje się natomiast inny, ważny dla miasta i kraju, pomnik „Lupa Capitolina” (czyli „Wilczyca kapitolińska”), który powstał w celu upamiętnienia łacińskiego pochodzenia narodu rumuńskiego:

    Pomnik konstancki, w przeciwieństwie do tych w Bukareszcie, Kiszyniowie, Timisoarze i Kluż-Napoce, nie jest jednak darem z Rzymu, lecz kopią wykonaną w Rumunii.

    Dla tych, którzy chcieliby kontemplować sylwetkę rzymskiej wilczycy przez dłuższy czas, idealnym punktem widokowym będzie grecka restauracja Nikos. Punktów gastronomicznych należących do tej sieci jest w mieście dużo (podobnie jak włoskich pizzerii) i mogę je zdecydowanie polecić, zwłaszcza że jako nieliczni w mieście serwują dania wegetariańskie. A w dodatku potrafią być całorocznie atrakcyjni (choć nie przy nieszczęsnej Mamai – tam poza sezonem najwyraźniej nie tylko się nie plażuje i nie telegondoluje, ale też nie je 😮 ):

    (źródło: http://constanta.nikosgreektaverna.ro/)

Dobrym celem wypadów gastronomicznych jest także Marina Tomis, przy której znajduje się około 20-30 przytulnych restauracji, kawiarni i barów. Co istotne, lokale otwarte są nawet w październiku, co doceniają nie tylko pozasezonowi turyści, ale też wylegujące się w fotelach koty 🙂

Nie umiem niestety powiedzieć ani słowa o rumuńskiej kuchni. Z pewnością królują w niej ciorby, ale że ja zup poza domem unikam (bo jak np. po rumuńsku zapytać z czego jest zrobiony zupny wywar?), to mogę co najwyżej zanotować, że przez pozostałych uczestników wycieczki ciorby były chwalone.

  • Mimo dość licznych niedociągnięć, braków i zaniedbań Konstanca absolutnie mnie nie rozczarowała – być może dlatego, że nieoczywiste i nieperfekcyjne miejsca wydają mi się najprawdziwsze i najbardziej warte poznania (zresztą to samo dotyczy ludzi). To miasto ma swój niepowtarzalny urok, a także potencjał, który nadal czeka na odkrycie i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się jeszcze raz zobaczyć Konstancę – tym razem w pełnym rozkwicie (Carmen Sylva nade mną niechybnie czuwała, skoro ma opowieść się na koniec tak pięknie zrymowała 😀 ).
  • Konstanca - kasyno

Białogród nad Dniestrem (06/2016)

akerman_4

Będąc w Odessie warto przeznaczyć jeden dzień na wycieczkę do Białogrodu nad Dniestrem (ukr. Білгород-ДністровськийBilgorod-Dnistrowskij). Choć obecnie miejsce to może się poszczycić jedynie pozostałościami twierdzy, to warto pamiętać, że jego historia liczy sobie ponad 2,5 tys. lat, a sama nazwa – wraz z przechodzeniem miasta z rąk do rąk – zmieniała się ok. 20 razy. Nosił zatem Białogród nazwy: Ophiusa, Tyras, Alba Iulia, Levkopolis, Asprokastron, Montekastro, Asperon, Album Castrum (łac. Biały Zamek), Cetatea Alba (rum. Białe Miasto), Akerman (tur. Ak Kerman – Biała Twierdza), Białogród i wreszcie Bilgorod-Dnistrowskij. W większości tych nazw „zobaczyć” można biel wapienia, z którego zostało zbudowane miasto. Z Odessy do Białogrodu dostać się można pociągiem lub jedną z marszrutek odjeżdżających z postoju przy dworcu kolejowym. My, ze względu na bardziej odpowiadające nam godziny odjazdu, wybraliśmy tę drugą opcję. Podróż jest tania, całkiem wygodna i niezbyt długa (trwa niewiele ponad godzinę). Ważna wskazówka: na postoju należy szukać tabliczki autobusowej nie z pełną nazwą miasta, tj. „Białogród Dniestrowski”, czy skróconą do „Białogród D.”, lecz skrótu… „B. Dniestrowski”.

Marszrutka z Odessy do Białogrodu nad Dniestrem
Marszrutka z Odessy do Białogrodu nad Dniestrem

Na trasie przejazdu znajdują się dwie miejscowości, o których warto wspomnieć, a mianowicie: Zatoka i Szabo.

Pierwsza z nich to punkt docelowy plażowiczów, których w marszrutce łatwo poznać po klapkach i kąpielówkach. Zatoka ma ponoć piękną plażę i – w przeciwieństwie do portowej Odessy – czystą wodę.

Szabo, położone w odległości 70 km od Odessy i 7 km od Białogrodu, słynie z kolei z win, wermutów i koniaków produkowanych z uprawianych tu winogron. Tradycję winiarską na tych terenach zapoczątkowali w 1822 roku Szwajcarzy, a ponieważ obowiązująca wówczas nazwa miejscowości Aşa-abag była dla nich nie do wymówienia, przekształcili ją najpierw w Shabag, a następnie w Shabo. Obecnie winnice Shabo zajmują powierzchnię ok. 1200 ha. Osoby zainteresowane winiarstwem odsyłam do prezentacji marki Shabo, znajdującej się pod linkiem: https://mfa.gov.ua/mediafiles/sites/austria/files/SHABO_PRESENTATION-ENG_OK.pdf shabo-reserve Trasa marszrutki kończy się na białogrodzkim dworcu, w którego okolicy trudno znaleźć cokolwiek ciekawego; miasto nie otrząsnęło się jeszcze z poradzieckiej bylejakości. Pomni ostrzeżeń, że w pobliżu twierdzy brak jest zaplecza gastronomicznego, siadamy na chwilę w przydworcowym lokalu, zjadamy śniadanie, a następnie ruszamy w drogę przez park i targ miejski. Ani jedno, ani drugie nie wprawia niestety w zachwyt, za to wysadzane drzewami alejki z ciągnącymi się wzdłuż niskimi zabudowaniami robią bardzo przyjemne wrażenie. Nie zaszkodzi troszkę się w nich zgubić choćby po to, by móc kogoś zapytać o drogę i przy okazji dowiedzieć się np. o wyższości Roberta Lewandowskiego nad Christiano Ronaldo (za kilka dni ćwierćfinał Euro 2016!), czy wytłumaczyć pani z kiosku dlaczego nie możemy przygarnąć jednego z odkarmianych przez nią kociąt. Żegnani serdecznościami udajemy się w górę ulicy, by po chwili wyjść na otwartą przestrzeń, ograniczoną z jednej strony murami akermańskiej twierdzy.

akrman_9

Upał doskwiera nam niemiłosiernie, za to widoki mamy dzięki pogodzie zachwycające.

akerman_1 akerman_2 akerman_6 akerman_7

Widoczna z wysokości murów woda, mimo iż sięga po horyzont, nie jest jest wodą morską, a limanem Dniestru – jednym z największych w obrębie Morza Czarnego. Liman Dniestrowski liczy sobie ok. 40 km długości i od 4 do 12 szerokości, a od morza oddziela go mierzeja Bugaz.

akerman_3

akerman_5

akerman_8

Na terenie twierdzy oraz pod jej murami znajdują się stoiska z pamiątkami…

akerman_12

akerman_11

… a przy parkingu powstało kilka knajpek, w których można coś zjeść i wypić przed wyruszeniem w drogę powrotną.

akerman_10

Ostrzeżenia zawarte w przewodnikach okazały się zatem nieaktualne, co z jednej strony jest pozytywną informacją dla turystów, a z drugiej dobrze wróży miastu, które dzięki turystyce ma szansę się rozwinąć i zainwestować np. w lokalną infrastrukturę.

Na koniec nie sposób nie wspomnieć o Adamie Mickiewiczu, który zainspirowany podróżą do Akermanu napisał znane nam wszystkim „Stepy akermańskie”, stanowiące wstęp do stworzonego później cyklu „Sonetów krymskich”:

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu.

Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;
Patrzę w niebo, gwiazd szukam przewodniczek łodzi;
Tam z dala błyszczy obłok? tam jutrzenka wschodzi?
To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu.

Stójmy! — Jak cicho! — Słyszę ciągnące żurawie,
Których by nie dościgły źrenice sokoła;
Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,

Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.
W takiej ciszy — tak ucho natężam ciekawie,
Że słyszałbym głos z Litwy. — Jedźmy, nikt nie woła!

 

Odessa (06/2016)

odessa_ulice_2

To, że ponownie odwiedzimy Ukrainę było pewne, natomiast wyboru miasta tym razem dokonał za nas „Okean Elzy”. Chcąc połączyć przyjemne (urlop) z przyjemnym (koncertem) zerknęliśmy na trasę koncertową zespołu i zdecydowaliśmy, że nie ma sensu wybierać się drugi raz na Arenę Lviv, skoro do wyboru jest też na przykład… odeski Czernomorec! Decyzja okazała się ze wszech miar słuszna.

Odessa jest zachwycająca, a dotarcie do niej dużo łatwiejsze niż mogłoby się wydawać. W sezonie wakacyjnym ze Lwowa odjeżdżają nawet trzy pociągi dziennie, ceny biletów są bardzo atrakcyjne (także te w najlepszej klasie), a podróż, mimo iż trwa 12 godzin, nie męczy (przynajmniej ta w zamykanych przedziałach, bo z miejsc typu plackarta nie zdecydowaliśmy się skorzystać).

Każdy wagon obsługiwany jest przez panią „prowadnicę”, u której można zamówić kawę lub herbatę.

pociag_lwow_odessa_2
Pociąg Lwów-Odessa. Ukraińska kolej życzy szczęśliwej podróży 🙂

Jeśli wpadlibyście na pomysł, żeby kosztem kilku godzin snu posiedzieć przy oknie i pooglądać krajobrazy to raczej odradzam – na większości trasy wzdłuż torów ciągnie się pas drzew, który skutecznie utrudnia obserwację.

Rozkład jazdy pociągów, dostępność miejsc i ceny biletów można sprawdzić pod poniższym linkiem: http://booking.uz.gov.ua/en/

Ze względu na specyficzny układ odeskiego dworca osoby podróżujące w ostatnich wagonach po przyjeździe czeka dość długi spacer wzdłuż peronu.

Dworzec kolejowy w Odessie
Dworzec kolejowy w Odessie

Stara część Odessy to szerokie, wysadzane pięknymi drzewami, przecinające się pod kątem prostym aleje.

Odeska ulica
Odeska ulica

Jedną z ważniejszych stanowi ulica Deribasowska, która po częściowym wyłączeniu z ruchu samochodowego stała się głównym miejskim deptakiem. Jej nazwa pochodzi od nazwiska jednego z budowniczych miasta, hiszpańskiego admirała w służbie rosyjskiej Josifa (Osipa) Deribasowa, a właściwie Jose Pascuala Domingo de Ribas y Boyons. Jego pomnik znaleźć można na końcu ulicy, od strony morza.

Odessa - pomnik Deribasowa
Odessa – pomnik Deribasowa

Przy Deribasowskiej w czasie swojego pobytu w mieście mieszkali m.in. Aleksander Puszkin i Adam Mickiewicz, a – według słów Aloszy Awdiejewa – pewien mężczyzna tak intensywnie myślał o kiełbasie, że aż zleciały się okoliczne psy 🙂

odessa_tablica_puszkin

odessa_tablica_mickiewicz

Przy tej samej ulicy znajduje się zaprojektowany przez polskiego architekta, Lwa Włodka, budynek słynnego hotelu „Pasaż” z pięknym, secesyjnym pasażem handlowym…

odessa_pasaz_1

odessa_pasaz_2

odessa_pasaz_3

… oraz ogród miejski.

Odessa - park miejski
Odessa – ogród miejski

W mieszczącej się na skraju ogrodu restauracji „Franzol” (franzol.com.ua) występuje co wieczór (przynajmniej w sezonie wakacyjnym) kwartet instrumentalno-wokalny, który swoim repertuarem tak doskonale wpisuje się w klimat miasta, że chce się go słuchać codziennie. Nazwy zespołu niestety nie znamy, ale charakterystyczna „żółta pani” jest widoczna z daleka niczym latarnia morska Woroncowa – proszę się na nią bez wahania kierować.

Koncert odeskich piosenek
Koncert odeskich piosenek

Na koncertach „żółtej pani” i jej zespołu posłuchać można przede wszystkim piosenek żydowskich i rosyjskich, w tym tych z repertuaru Leonida Utiesowa, którego pomnik znajduje się nieopodal lokalu.

Pomnik i tablica pamiątkowa poświęcona Leonidowi Utiesowowi
Pomnik i tablica pamiątkowa poświęcona Leonidowi Utiesowowi

Jednak przepiękne, odeskie „U Czernoho Moria”

usłyszeliśmy nie w restauracji, a na stadionie Czernomorec z ust Światosława Wakarczuka oraz tysięcy fanów zgromadzonych na koncercie „Okean Elzy” (patrz: Океан Ельзи У Черного моря Одесса).

odessa_koncert_oe

Okean Elzy - koncert na stadionie Czernomorec w Odessie
Okean Elzy – koncert na stadionie Czernomorec w Odessie

W okolicach ulicy Deribasowskiej warto odwiedzić ponadto Sobór Przemienienia Pańskiego przy Placu Soborowym 3, czyli największą cerkiew prawosławną Odessy…

Odessa - Sobór Przemienienia Pańskiego
Odessa – Sobór Przemienienia Pańskiego

… a także jarmark przy Placu Greckim, na którym można skosztować kuchni i trunków z niemal całego świata…

odessa_jarmark

Odesskaja Jarmarka
Odesskaja Jarmarka

… w tym najlepszego na świecie falafela i kwasu chlebowego w tej oto niepozornie wyglądającej budce:

odessa_falafel

Odessa to dla Ukraińców przede wszystkim wakacyjny kurort, stąd też najchętniej odwiedzanymi miejscami są plaże. My do zwolenników plażowania raczej nie należymy, więc dotarcie nad brzeg morza trochę nam zajęło, ale gdy ulica Deribasowska wypuściła nas wreszcie ze swojej orbity, wyruszyliśmy na spacer przez Park Tarasa Szewczenki na spotkanie z amatorami kąpieli w Morzu Czarnym.

odessa_plaza_1

Plaża w Odessie
Plaża w Odessie

Na drugie spotkanie z morzem wybraliśmy się do portu.

odessa_port_2

Port morski w Odessie
Port morski w Odessie

Jednym z jego charakterystycznych elementów jest rzeźba kobiety z dzieckiem na ręku, machającym w stronę odpływającego statku.

odessa_port_pomnik
Rzeźba kobiety z dzieckiem w odeskim porcie. W tle latarnia Woroncowa.

Z dworca morskiego można się wybrać w ok. 30-minutowy rejs statkiem po zatoce.

W drodze powrotnej do centrum obowiązkowym punktem turystycznym są znajdujące się tuż obok portu słynne schody potiomkinowskie (dawniej: primorskie). Z ich perspektywy dworzec morski, mimo iż nie najpiękniejszej urody, prezentuje się całkiem nieźle.

Dworzec Morski w Odessie
Dworzec Morski w Odessie

Szkoda, że od strony morza schody kończą się obecnie barierkami oddzielającymi je od biegnącej wzdłuż portu ruchliwej ulicy, którą trzeba pokonywać przejściem podziemnym. Schody widziane z dołu mimo trwających prac remontowych prezentują się natomiast dość imponująco, a wraz z pokonywaniem kolejnych stopni u ich szczytu dostrzegamy wyłaniającą się sylwetkę księcia de Richelieu (właśc. Armanda Emmanuela Sophie Septemanie du Plessis), pierwszego gubernatora Odessy.

Odessa - Schody Potiomkinowskie
Odessa – Schody Potiomkinowskie

W niewielkiej odległości od Przymorskiego Bulwaru znajduje się też pomnik założycielki miasta, carycy Katarzyny II.

Odessa - pomnik carycy Katarzyny
Odessa – pomnik Katarzyny II

Podczas naszego kilkudniowego poznawania miasta odwiedziliśmy jeszcze rzymskokatolicki Kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny przy ul. Kateryńskiej…

odessa_kosciol_rzymsko_katolicki

Odessa - Kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
Odessa – Kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

… oraz Odeskie Muzeum Sztuki – zaniedbane, lecz mieszczące bogatą kolekcję starych ikon i XIX-wiecznego malarstwa rosyjskiego…

Odeskie Muzeum Sztuki
Odeskie Muzeum Sztuki

odeskie_muzeum_sztuki_3

… ale przede wszystkim przemierzaliśmy, bez wyznaczania sobie konkretnych celów, ulice tego niezwykłego miasta, które mimo iż liczy sobie zaledwie ok. 200 lat potrafiło dzięki mozaice wielu narodowości, wielu języków, wielu kultur i wielu religii stworzyć absolutnie niepowtarzalny klimat i czar.

odessa_kamienica_2odessa_kamienica_3odessa_kamienica_5odessa_kamienica

Współczesna Odessa jest zresztą nadal miastem bardo różnorodnym, które np. z jednej strony pozostaje niemal w 100% rosyjskojęzyczne, a z drugiej w sposób bardzo otwarty prezentuje kurs proukraiński. Świetnym tego przykładem był flash mob zorganizowany w 2014 roku przez wenezuelskiego szefa filharmonii odeskiej, Hobarta Earle’a, w czasie którego muzycy zgromadzeni na największym odeskim targu „Privoz” zagrali w intencji pokoju na Ukrainie hymn Unii Europejskiej, czyli „Odę do Radości”:

Ukraińskim obliczem miasta polecamy pozachwycać się w restauracji „Kumanec”, róg Havannej i Lanżeroniwskiej (http://kumanets.com.ua/), gdzie na tle naturalnej wielkości drewnianej krowy można sobie zrobić zdjęcie z rosyjskojęzycznym kelnerem w ukraińskiej wyszywance, a następnie oddać się sernikowo-truskawkowej rozpuście 🙂

Odessa - restauracja Kumanec
Odessa – restauracja Kumanec

Tym, którzy stworzyli sobie ambitny plan dnia, ale poranny rozruch sprawia im nieco trudności, polecamy natomiast kawiarnię „Sziko” przy ul. Greckiej, w której kelner, patrząc w przysłonięte ciemnymi okularami ledwo otwarte oczy pyta konspiracyjnym szeptem „duża kawa i co do tego?” 😉

Nasz plan zwiedzania nie był zbyt ambitny, a raczej prawie go nie było. Z tego też powodu do wielu miejsc nie dotarliśmy, lub obejrzeliśmy je bardzo pobieżnie, jak np. słynną odeską operę…

odeska_ulica_2

Odessa - budynek opery
Odessa – budynek opery

… ale przecież trzeba coś sobie zostawić na kolejny wyjazd! 🙂

zydzi_odescyodessa_murale_1odessa_murale_2

Na koniec zachęcamy do stworzenia wraz z nami listy pisarzy, muzyków, malarzy itp., z których twórczością – waszym zdaniem – warto się zapoznać w związku z podróżą do Odessy. Na początek kilka naszych propozycji :

  1. Isaak Babel „Opowiadania odeskie” (książka)
  2. Charles King „Odessa. Geniusz i śmierć w mieście snów” (książka)
  3. Alosza Awdiejew „Chłopcy źli” (płyta)
  4. Teatr Zwerciadło „Piosenki Żydów z Odessy” (płyta)

odessa_ulice