Konstanca (10/2017)

 

Skąd biorą się pomysły wyjazdów? Bywa, że z książek. Bywa też, że inspiracją są wcześniejsze podróże. Bywa wreszcie, że jedno z drugim się wiąże, na przykład gdy zauroczony pobytem nad Morzem Czarnym „ktoś” kupuje książkę Charlesa Kinga „Odessa. Geniusz i śmierć w mieście snów” i na jednej z pierwszych stron znajduje taką oto mapkę…

… a na niej miasto o intrygująco brzmiącej nazwie Constanta.

Kilka dni później „ktoś” i jego drużyna mają już zarezerwowane noclegi i wstępnie wyznaczoną trasę przejazdu 🙂

Skład wycieczki jest tym razem 9-osobowy (i 3-pokoleniowy!), więc decydujemy się na przetestowanie nowego środka transportu, czyli busa. Rozwiązanie to okazuje się strzałem w dziesiątkę – płacimy mało, jedziemy wygodnie i możemy na bieżąco decydować o postojach, w czasie których posilamy się i karmimy bezpańskie psy, lub podziwiamy krajobrazy i karmimy bezpańskie psy, czasem pijemy kawę i karmimy bezpańskie psy, albo po prostu… karmimy bezpańskie psy. Bezpańskie zwierzęta to zdecydowanie jeden ze znaków rozpoznawczych Rumunii.

Drugą charakterystyczną cechą tego kraju – przy założeniu, że nie była to jedynie kwestia przypadku i naszego pecha – jest bardzo słaba znajomość języka angielskiego wśród pracowników restauracji, sklepów, kantorów itp. Kupienie na podbukaresztańskiej stacji benzynowej kawy z mlekiem okazało się na przykład misją niemal niewykonalną i to mimo przetłumaczenia mleka na kilka europejskich języków, a także na język obrazowo-dźwiękowy z wykorzystaniem onomatopei „muuu” (rozmówki zostały niestety w busie). Zresztą kto wie, może ta kawa z mlekiem była po prostu karą za to, że w czasie jazdy bardzo nonszalancko podeszliśmy do nauki języka rumuńskiego i zamiast nabiału woleliśmy wkuwać czapkę z daszkiem, jesionkę i firanki.

Pod Bukaresztem poznaliśmy ponadto całkiem nowe znaczenie słowa „obwodnica”, które w tamtych rejonach oznacza okalającą miasto drogę dwupasmową (po jednej nitce w każdym kierunku), poprzecinaną gęsto drogami poprzecznymi, z których każda ma pierwszeństwo wobec obwodnicy. Dodając do tego brak sygnalizacji świetlnej oraz ogromne natężenie ruchu otrzymaliśmy gotowy przepis na k o r e k.

Na szczęście na podorędziu mieliśmy przygotowaną specjalnie na wyjazd rumuńską playlistę, która umilała nam czas:

      • 01 – Sandu Ciorba – Dalibomba

    Sandu Ciorba to jeden z głównych przedstawicieli stylu muzycznego „manele”, będącego mieszanką muzyki cygańskiej, orientalnej oraz współczesnej muzyki pop. Styl ten najłatwiej opisać jako rumuńskie disco polo i – podobno – to właśnie dzięki Polakom muzyk stał się sławny na YouTubie, a „Dalibomba” wyrosła na hit internetu. Teledysk co prawda ani gustem ani kunsztem nie grzeszy (a raczej jest tak straszny, że… trudno oderwać od niego wzrok), ale w samochodzie tego nie widać, a sama piosenka do wspólnych śpiewów nadaje się idealnie. No i jest prawie po polsku 😉

      • 02 – Shantel – Disko Partizani

    Shantel to w rzeczywistości Stefan Hantel – niemiecki DJ i producent muzyczny pochodzący z północnej Bukowiny. Shantelowi do Sandu Ciorby jest bardzo daleko, ale jego „Disko Partizani” śpiewa się równie dobrze.

      • 03 – The Tango Saloon With Mike Patton – Dracula cha cha

    Co prawda to nie Transylwania była celem naszej podróży, ale motyw „Dracula, Dracula, Dra…” i tak stał się wycieczkowym hitem 🙂

      • 04 – Fanfare Ciocarlia – Duj Duj

    Fanfare Ciocărlia to orkiestra dęta, której członkowie zaczynali od grania na weselach i chrztach. Ich styl muzyczny czerpie głównie z tradycji romskiej i rumuńskiej, ale są w niej też elementy muzyki tureckiej, bułgarskiej, serbskiej i macedońskiej – stąd pewnie pojawiające się po odsłuchaniu pierwszych dźwięków skojarzenie z orkiestrą Gorana Bregovica.

      • 05 – Nicolae Guta – Gigolo (kolejna odsłona stylu manele)
      • 06 – ADDA – Canta Cucu (piękne wykonanie tradycyjnej pieśni rumuńskiej)
      • 07 – Asu si Claudia – Foarte Tare Foarte Fain (radosny pop)
      • 08 – Gipsy Casual – Ileana Ileana (przyprawiona elektroniką muzyka bałkańsko-cygańska)
      • 09 – Orchestra Fraților Advahov feat. Alex Calancea Band si GUZ – Hangul (połączenie muzyki gór z elementami hip-hopu)
      • 10 – UDDI si Aseara ti-am luat basma (pop)
      • 11 – Vescan – Tic-Tac (feat. Mahia Beldo) Xsession Version (hip-hop)
      • 12 – Vescan feat. Florin Ristei – Las-o… (Xsession Version) (hip-hop / pop)
      • 13 – Dj Criswell – Mi-au mancat fetili banii (Bootleg) (folklor w wersji elektronicznej)
      • 14 – Mahala Raï Banda vs. Shantel – Mahalageasca – Bucovina Dub (orkiestra dęta)
      • 15 – Loredana Zdob si Zdub feat. Skizzo Skillz – La carciuma de la drum (pop)
      • 16 – Randi – Ochii ăia verzi (pop)
      • 17 – Cabron feat. Stefan Banica – La masa mea (hip-hop / pop)
      • 18 – Mihail – Who You Are (bardzo dobry pop)
      • 19 – Mihail – Ma ucide ea (bardzo dobry pop)

Takie muzyczne osłuchanie się z językiem polecam zwłaszcza tym, którzy do Rumunii wybierają się po raz pierwszy, język rumuński jest bowiem bardzo specyficzny. Jeszcze w XIX wieku ponad 50% występujących w nim słów miało pochodzenie słowiańskie, a więc bliskie naszemu uchu – dopiero później uległ on urzędowej reromanizacji, polegającej na zastępowaniu wyrazów nieromańskich nowymi, pochodzącymi głównie języka francuskiego i włoskiego. Można więc powiedzieć, że jest to język w pewnej mierze sztuczny, co odbija się na jego odbiorze – brzmi intrygująco, ale też dość nienaturalnie. Na szczęście majstrując przy nim pomyślano też o zapisie literowym i w 1860 roku alfabet łaciński zastąpił cyrylicę (uff!).

Konstanca ugościła nas ładnie, ale trudno jej było ukryć, że na październikowych gości przygotowana za bardzo nie była. Odwiedziliśmy ją w momencie, gdy siedząc przy pustej plaży, patrzyła bezradnie na resztki po hucznych, letnich zabawach. Powiedziała więc tylko dzień dobry, kazała się częstować tym co znajdziemy i wróciła do swojego cichego czuwania.

Do atrakcji, których czarnomorska gospodyni jesiennym gościom nie serwuje należą m.in. Telegondola Mamaia oraz delfinarium.

Telegondola Mamaia (http://www.travelinconstanta.com/ro/event/telegondola-mamaia),  to – jak mówi opis – „kompleksowa kolejka linowa przeznaczona dla turystów, którzy chcą podziwiać panoramę kurortu Mamaia”. Całkowita długość trasy wynosi 2000 metrów. Atrakcja czynna jest tylko w sezonie i… słusznie, bo poza sezonem nie byłoby co z niej podziwiać. Z nadejściem jesieni z plaży znika wszystko poza śmieciami, a kurort jest (dosłownie!) rozmontowywany:

2/9 wycieczki na tle rozmontowywanego kurortu Mamaja
7/9 wycieczki na tle rozmontowywanego kurortu Mamaja

Ostatecznie, po zdemontowaniu i schowaniu do szafy całej wakacyjnej infrastruktury, z kurortu zostaje mniej więcej tyle…

… i aż trudno uwierzyć, że w lecie dzieją się tu takie rzeczy:

(źródło: https://www.festicket.com/festivals/neversea-festival/2017/)

Konstanckie delfinarium (http://www.delfinariu.ro/) poza sezonem również jest nieczynne, ale że stanowi ono zaledwie jeden z kilku elementów Zespołu Muzealnego Nauk Przyrodniczych (Complexul Muzeal de Ştiinţe ale Naturii), to na pocieszenie mogliśmy skorzystać z oferty planetarium i w czasie 45-minutowego, rumuńskojęzycznego seansu o historii astronomii, wyświetlanego za pomocą rozstrojonego projektora, uciąć sobie drzemkę na skrzypiących fotelach, a następnie odwiedzić radośnie witających nas mieszkańców minizoo:


Nieosiągalną atrakcją okazały się ponadto sklepy z pamiątkami – przez tydzień nie znaleźliśmy ani jednego, w związku z czym Konstanca zapisuje się w kronikach jako pierwsze odwiedzone przez nas miejsce, którego namagnesowana podobizna nie zdobi domowej lodówki. Tymczasem magnes z takim na przykład muralem z konstanckiego portu, autorstwa rumuńskiego artysty Obie Platona, to byłoby coś:

źródło: http://obieplaton.com/

Wszystkie powyższe braki można jednak jeszcze zrozumieć. Gorzej, że to, czym miasto mogłoby (i powinno!) chwalić się cały rok jest w większości przypadków zaniedbane, zniszczone lub wręcz zrujnowane. Najjaskrawszym tego przykładem jest wizytówka Konstancy, czyli nadmorskie kasyno:

Ten secesyjny budynek, o bajecznie pięknej architekturze, malowniczo wkomponowany w przyportowe nabrzeże, mógłby sam jeden pociągnąć pozasezonową turystykę miasta. Tymczasem pozwolono na to, by popadł w niemal całkowitą ruinę.

Najsmutniejsze jest to, że kasyno przetrwało dwie wojny (w czasie II wojny światowej urządzono w nim szpital) oraz długie lata komunizmu (wtedy funkcjonowała w nim restauracja), a jego najgorsze czasy przyszły dopiero po 1990 roku, czyli w momencie, gdy budynek miał – teoretycznie – największe szanse na ponowny rozkwit.

Obszerną i bardzo aktualną (bo z 2016 roku) relację z wnętrza kasyna, opatrzoną doskonałymi, choć robiącymi przygnębiające wrażenie zdjęciami, można znaleźć tutaj: Kasyno w Konstancy – fotorelacja . Jej autorem jest holenderski fotograf urbanistyczny, Roman Robroek, w którego obiektywie opuszczone i zdewastowane budynki zamieniają się w niemal malarskie arcydzieła. Zainteresowanym polecam jego stronę: Roman Robroek Photography, na której można znaleźć niejedną podróżniczą inspirację. Wracając jednak do kasyna – pozostaje mieć nadzieję, że władze Konstancy otrząsną się zanim budynek całkowicie zniszczeje i że ze schronienia dla gołębi i kotów stanie się on znów architektoniczną perłą miasta.

Kasyno w Konstancy, autor zdjęć: Roman Robroek (źródło: https://romanrobroek.nl/the-abandoned-casino-of-constanta/)

Daleko do doskonałości ma zresztą niestety cała stara część Konstancy, skupiona w dzielnicy Peninsula (czyli „Półwysep”). Co prawda widać, że część kamienic jest odrestaurowywana i powoli odzyskuje blask, ale tempo prac wskazuje na to, że niektórych budynków raczej nie uda się już uratować…

Dodatkowym nieszczęściem miasta są zadziwiająco licznie występujące nieudane inwestycje budowlane. Jeden z takich „szkieletorów” straszy nawet w samym sercu miasta, czyli przy Placu Owidiusza (Piaţa Ovidiu):

Wokół placu widać też jednak pierwsze oznaki działań sugerujących zainteresowanie się władz turystycznym potencjałem miasta. Przede wszystkim miejsce to wyłączone zostało z ruchu samochodowego, stając się przestrzenią rekreacyjną, dedykowaną mieszkańcom i turystom. Siedząc w jednej ze zlokalizowanych przy placu kafajek można podziwiać m.in. budynek Muzeum Historii i Archeologii (Muzeul de Istorie Națională și Arheologie Constanța)…

…oraz zlokalizowany przed nim pomnik Owidiusza z 1887 roku, którego autorem jest włoski rzeźbiarz Ettore Ferrari:

Dla osób zainteresowanych ekspozycją, muzeum przygotowało krótki filmik zachęcający do wizyty (źródło: http://www.minac.ro/):

  • Na mojej konstanckiej liście zachwytów główne miejsce zajmuje jednak nie muzeum, a Wielki Meczet (Marea Moschee din Constanța), zwany też Meczetem Karola, zbudowany w latach 1910-1913:

    Budowlę wykonano w stylu egipsko-bizantyjskim, a przyległy do niej minaret – w mauretańskim. Ten ostatni liczy 47 metrów wysokości, a na jego szczyt prowadzi 140 stopni. Obiekt jest dostępny dla odwiedzających, a ponieważ mnie nie trzeba zbyt długo namawiać do wdrapywania się gdziekolwiek, to już po chwili minaret został zdobyty. Widok z góry trudy wspinaczki wynagrodził po stokroć:

    We wnętrzu meczetu warto natomiast zwrócić uwagę na malowidła ścienne oraz na 200-letni dywan o wadze przekraczającej 490 kg i rozmiarze 9 x 16 m, wykonany ręcznie w słynnym centrum rzemiosła Hereke w Turcji.

    Na mojej liście zachwytów znajduje się też inny obiekt sakralny – Katedra św. Piotra i Pawła (Catedrala Sfinții Apostoli Petru și Pavel), wybudowana w latach 1883-1885 jako pierwszy rumuński kościół w Konstancy:

    Po zniszczeniach wojennych pieczołowicie ją odnowiono i obecnie oko cieszy zarówno sam gmach świątyni, jak i jego wnętrze (m.in. dębowy ikonostas i chór, kandelabry i neobizantyjskie freski).

    Niedaleko katedry, przy nadmorskim bulwarze, natknąć się też można na pomnik opatrzony tabliczką „Carmen Sylva. Regina si poeta a Romaniei”. Powstał on w hołdzie dla ukochanej przez Rumunów Elżbiety zu Wied, pierwszej królowej Rumunii, a zarazem poetki, piszącej właśnie pod pseudonimem Carmen Sylva:

    Po przeciwnej stronie Placu Owidiusza znajduje się natomiast inny, ważny dla miasta i kraju, pomnik „Lupa Capitolina” (czyli „Wilczyca kapitolińska”), który powstał w celu upamiętnienia łacińskiego pochodzenia narodu rumuńskiego:

    Pomnik konstancki, w przeciwieństwie do tych w Bukareszcie, Kiszyniowie, Timisoarze i Kluż-Napoce, nie jest jednak darem z Rzymu, lecz kopią wykonaną w Rumunii.

    Dla tych, którzy chcieliby kontemplować sylwetkę rzymskiej wilczycy przez dłuższy czas, idealnym punktem widokowym będzie grecka restauracja Nikos. Punktów gastronomicznych należących do tej sieci jest w mieście dużo (podobnie jak włoskich pizzerii) i mogę je zdecydowanie polecić, zwłaszcza że jako nieliczni w mieście serwują dania wegetariańskie. A w dodatku potrafią być całorocznie atrakcyjni (choć nie przy nieszczęsnej Mamai – tam poza sezonem najwyraźniej nie tylko się nie plażuje i nie telegondoluje, ale też nie je 😮 ):

    (źródło: http://constanta.nikosgreektaverna.ro/)

Dobrym celem wypadów gastronomicznych jest także Marina Tomis, przy której znajduje się około 20-30 przytulnych restauracji, kawiarni i barów. Co istotne, lokale otwarte są nawet w październiku, co doceniają nie tylko pozasezonowi turyści, ale też wylegujące się w fotelach koty 🙂

Nie umiem niestety powiedzieć ani słowa o rumuńskiej kuchni. Z pewnością królują w niej ciorby, ale że ja zup poza domem unikam (bo jak np. po rumuńsku zapytać z czego jest zrobiony zupny wywar?), to mogę co najwyżej zanotować, że przez pozostałych uczestników wycieczki ciorby były chwalone.

  • Mimo dość licznych niedociągnięć, braków i zaniedbań Konstanca absolutnie mnie nie rozczarowała – być może dlatego, że nieoczywiste i nieperfekcyjne miejsca wydają mi się najprawdziwsze i najbardziej warte poznania (zresztą to samo dotyczy ludzi). To miasto ma swój niepowtarzalny urok, a także potencjał, który nadal czeka na odkrycie i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się jeszcze raz zobaczyć Konstancę – tym razem w pełnym rozkwicie (Carmen Sylva nade mną niechybnie czuwała, skoro ma opowieść się na koniec tak pięknie zrymowała 😀 ).
  • Konstanca - kasyno

3 myśli do „Konstanca (10/2017)”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *