Konstanca (10/2017)

 

Skąd biorą się pomysły wyjazdów? Bywa, że z książek. Bywa też, że inspiracją są wcześniejsze podróże. Bywa wreszcie, że jedno z drugim się wiąże, na przykład gdy zauroczony pobytem nad Morzem Czarnym „ktoś” kupuje książkę Charlesa Kinga „Odessa. Geniusz i śmierć w mieście snów” i na jednej z pierwszych stron znajduje taką oto mapkę…

… a na niej miasto o intrygująco brzmiącej nazwie Constanta.

Kilka dni później „ktoś” i jego drużyna mają już zarezerwowane noclegi i wstępnie wyznaczoną trasę przejazdu 🙂

Skład wycieczki jest tym razem 9-osobowy (i 3-pokoleniowy!), więc decydujemy się na przetestowanie nowego środka transportu, czyli busa. Rozwiązanie to okazuje się strzałem w dziesiątkę – płacimy mało, jedziemy wygodnie i możemy na bieżąco decydować o postojach, w czasie których posilamy się i karmimy bezpańskie psy, lub podziwiamy krajobrazy i karmimy bezpańskie psy, czasem pijemy kawę i karmimy bezpańskie psy, albo po prostu… karmimy bezpańskie psy. Bezpańskie zwierzęta to zdecydowanie jeden ze znaków rozpoznawczych Rumunii.

Drugą charakterystyczną cechą tego kraju – przy założeniu, że nie była to jedynie kwestia przypadku i naszego pecha – jest bardzo słaba znajomość języka angielskiego wśród pracowników restauracji, sklepów, kantorów itp. Kupienie na podbukaresztańskiej stacji benzynowej kawy z mlekiem okazało się na przykład misją niemal niewykonalną i to mimo przetłumaczenia mleka na kilka europejskich języków, a także na język obrazowo-dźwiękowy z wykorzystaniem onomatopei „muuu” (rozmówki zostały niestety w busie). Zresztą kto wie, może ta kawa z mlekiem była po prostu karą za to, że w czasie jazdy bardzo nonszalancko podeszliśmy do nauki języka rumuńskiego i zamiast nabiału woleliśmy wkuwać czapkę z daszkiem, jesionkę i firanki.

Pod Bukaresztem poznaliśmy ponadto całkiem nowe znaczenie słowa „obwodnica”, które w tamtych rejonach oznacza okalającą miasto drogę dwupasmową (po jednej nitce w każdym kierunku), poprzecinaną gęsto drogami poprzecznymi, z których każda ma pierwszeństwo wobec obwodnicy. Dodając do tego brak sygnalizacji świetlnej oraz ogromne natężenie ruchu otrzymaliśmy gotowy przepis na k o r e k.

Na szczęście na podorędziu mieliśmy przygotowaną specjalnie na wyjazd rumuńską playlistę, która umilała nam czas:

      • 01 – Sandu Ciorba – Dalibomba

    Sandu Ciorba to jeden z głównych przedstawicieli stylu muzycznego „manele”, będącego mieszanką muzyki cygańskiej, orientalnej oraz współczesnej muzyki pop. Styl ten najłatwiej opisać jako rumuńskie disco polo i – podobno – to właśnie dzięki Polakom muzyk stał się sławny na YouTubie, a „Dalibomba” wyrosła na hit internetu. Teledysk co prawda ani gustem ani kunsztem nie grzeszy (a raczej jest tak straszny, że… trudno oderwać od niego wzrok), ale w samochodzie tego nie widać, a sama piosenka do wspólnych śpiewów nadaje się idealnie. No i jest prawie po polsku 😉

      • 02 – Shantel – Disko Partizani

    Shantel to w rzeczywistości Stefan Hantel – niemiecki DJ i producent muzyczny pochodzący z północnej Bukowiny. Shantelowi do Sandu Ciorby jest bardzo daleko, ale jego „Disko Partizani” śpiewa się równie dobrze.

      • 03 – The Tango Saloon With Mike Patton – Dracula cha cha

    Co prawda to nie Transylwania była celem naszej podróży, ale motyw „Dracula, Dracula, Dra…” i tak stał się wycieczkowym hitem 🙂

      • 04 – Fanfare Ciocarlia – Duj Duj

    Fanfare Ciocărlia to orkiestra dęta, której członkowie zaczynali od grania na weselach i chrztach. Ich styl muzyczny czerpie głównie z tradycji romskiej i rumuńskiej, ale są w niej też elementy muzyki tureckiej, bułgarskiej, serbskiej i macedońskiej – stąd pewnie pojawiające się po odsłuchaniu pierwszych dźwięków skojarzenie z orkiestrą Gorana Bregovica.

      • 05 – Nicolae Guta – Gigolo (kolejna odsłona stylu manele)
      • 06 – ADDA – Canta Cucu (piękne wykonanie tradycyjnej pieśni rumuńskiej)
      • 07 – Asu si Claudia – Foarte Tare Foarte Fain (radosny pop)
      • 08 – Gipsy Casual – Ileana Ileana (przyprawiona elektroniką muzyka bałkańsko-cygańska)
      • 09 – Orchestra Fraților Advahov feat. Alex Calancea Band si GUZ – Hangul (połączenie muzyki gór z elementami hip-hopu)
      • 10 – UDDI si Aseara ti-am luat basma (pop)
      • 11 – Vescan – Tic-Tac (feat. Mahia Beldo) Xsession Version (hip-hop)
      • 12 – Vescan feat. Florin Ristei – Las-o… (Xsession Version) (hip-hop / pop)
      • 13 – Dj Criswell – Mi-au mancat fetili banii (Bootleg) (folklor w wersji elektronicznej)
      • 14 – Mahala Raï Banda vs. Shantel – Mahalageasca – Bucovina Dub (orkiestra dęta)
      • 15 – Loredana Zdob si Zdub feat. Skizzo Skillz – La carciuma de la drum (pop)
      • 16 – Randi – Ochii ăia verzi (pop)
      • 17 – Cabron feat. Stefan Banica – La masa mea (hip-hop / pop)
      • 18 – Mihail – Who You Are (bardzo dobry pop)
      • 19 – Mihail – Ma ucide ea (bardzo dobry pop)

Takie muzyczne osłuchanie się z językiem polecam zwłaszcza tym, którzy do Rumunii wybierają się po raz pierwszy, język rumuński jest bowiem bardzo specyficzny. Jeszcze w XIX wieku ponad 50% występujących w nim słów miało pochodzenie słowiańskie, a więc bliskie naszemu uchu – dopiero później uległ on urzędowej reromanizacji, polegającej na zastępowaniu wyrazów nieromańskich nowymi, pochodzącymi głównie języka francuskiego i włoskiego. Można więc powiedzieć, że jest to język w pewnej mierze sztuczny, co odbija się na jego odbiorze – brzmi intrygująco, ale też dość nienaturalnie. Na szczęście majstrując przy nim pomyślano też o zapisie literowym i w 1860 roku alfabet łaciński zastąpił cyrylicę (uff!).

Konstanca ugościła nas ładnie, ale trudno jej było ukryć, że na październikowych gości przygotowana za bardzo nie była. Odwiedziliśmy ją w momencie, gdy siedząc przy pustej plaży, patrzyła bezradnie na resztki po hucznych, letnich zabawach. Powiedziała więc tylko dzień dobry, kazała się częstować tym co znajdziemy i wróciła do swojego cichego czuwania.

Do atrakcji, których czarnomorska gospodyni jesiennym gościom nie serwuje należą m.in. Telegondola Mamaia oraz delfinarium.

Telegondola Mamaia (http://www.travelinconstanta.com/ro/event/telegondola-mamaia),  to – jak mówi opis – „kompleksowa kolejka linowa przeznaczona dla turystów, którzy chcą podziwiać panoramę kurortu Mamaia”. Całkowita długość trasy wynosi 2000 metrów. Atrakcja czynna jest tylko w sezonie i… słusznie, bo poza sezonem nie byłoby co z niej podziwiać. Z nadejściem jesieni z plaży znika wszystko poza śmieciami, a kurort jest (dosłownie!) rozmontowywany:

2/9 wycieczki na tle rozmontowywanego kurortu Mamaja
7/9 wycieczki na tle rozmontowywanego kurortu Mamaja

Ostatecznie, po zdemontowaniu i schowaniu do szafy całej wakacyjnej infrastruktury, z kurortu zostaje mniej więcej tyle…

… i aż trudno uwierzyć, że w lecie dzieją się tu takie rzeczy:

(źródło: https://www.festicket.com/festivals/neversea-festival/2017/)

Konstanckie delfinarium (http://www.delfinariu.ro/) poza sezonem również jest nieczynne, ale że stanowi ono zaledwie jeden z kilku elementów Zespołu Muzealnego Nauk Przyrodniczych (Complexul Muzeal de Ştiinţe ale Naturii), to na pocieszenie mogliśmy skorzystać z oferty planetarium i w czasie 45-minutowego, rumuńskojęzycznego seansu o historii astronomii, wyświetlanego za pomocą rozstrojonego projektora, uciąć sobie drzemkę na skrzypiących fotelach, a następnie odwiedzić radośnie witających nas mieszkańców minizoo:


Nieosiągalną atrakcją okazały się ponadto sklepy z pamiątkami – przez tydzień nie znaleźliśmy ani jednego, w związku z czym Konstanca zapisuje się w kronikach jako pierwsze odwiedzone przez nas miejsce, którego namagnesowana podobizna nie zdobi domowej lodówki. Tymczasem magnes z takim na przykład muralem z konstanckiego portu, autorstwa rumuńskiego artysty Obie Platona, to byłoby coś:

źródło: http://obieplaton.com/

Wszystkie powyższe braki można jednak jeszcze zrozumieć. Gorzej, że to, czym miasto mogłoby (i powinno!) chwalić się cały rok jest w większości przypadków zaniedbane, zniszczone lub wręcz zrujnowane. Najjaskrawszym tego przykładem jest wizytówka Konstancy, czyli nadmorskie kasyno:

Ten secesyjny budynek, o bajecznie pięknej architekturze, malowniczo wkomponowany w przyportowe nabrzeże, mógłby sam jeden pociągnąć pozasezonową turystykę miasta. Tymczasem pozwolono na to, by popadł w niemal całkowitą ruinę.

Najsmutniejsze jest to, że kasyno przetrwało dwie wojny (w czasie II wojny światowej urządzono w nim szpital) oraz długie lata komunizmu (wtedy funkcjonowała w nim restauracja), a jego najgorsze czasy przyszły dopiero po 1990 roku, czyli w momencie, gdy budynek miał – teoretycznie – największe szanse na ponowny rozkwit.

Obszerną i bardzo aktualną (bo z 2016 roku) relację z wnętrza kasyna, opatrzoną doskonałymi, choć robiącymi przygnębiające wrażenie zdjęciami, można znaleźć tutaj: Kasyno w Konstancy – fotorelacja . Jej autorem jest holenderski fotograf urbanistyczny, Roman Robroek, w którego obiektywie opuszczone i zdewastowane budynki zamieniają się w niemal malarskie arcydzieła. Zainteresowanym polecam jego stronę: Roman Robroek Photography, na której można znaleźć niejedną podróżniczą inspirację. Wracając jednak do kasyna – pozostaje mieć nadzieję, że władze Konstancy otrząsną się zanim budynek całkowicie zniszczeje i że ze schronienia dla gołębi i kotów stanie się on znów architektoniczną perłą miasta.

Kasyno w Konstancy, autor zdjęć: Roman Robroek (źródło: https://romanrobroek.nl/the-abandoned-casino-of-constanta/)

Daleko do doskonałości ma zresztą niestety cała stara część Konstancy, skupiona w dzielnicy Peninsula (czyli „Półwysep”). Co prawda widać, że część kamienic jest odrestaurowywana i powoli odzyskuje blask, ale tempo prac wskazuje na to, że niektórych budynków raczej nie uda się już uratować…

Dodatkowym nieszczęściem miasta są zadziwiająco licznie występujące nieudane inwestycje budowlane. Jeden z takich „szkieletorów” straszy nawet w samym sercu miasta, czyli przy Placu Owidiusza (Piaţa Ovidiu):

Wokół placu widać też jednak pierwsze oznaki działań sugerujących zainteresowanie się władz turystycznym potencjałem miasta. Przede wszystkim miejsce to wyłączone zostało z ruchu samochodowego, stając się przestrzenią rekreacyjną, dedykowaną mieszkańcom i turystom. Siedząc w jednej ze zlokalizowanych przy placu kafajek można podziwiać m.in. budynek Muzeum Historii i Archeologii (Muzeul de Istorie Națională și Arheologie Constanța)…

…oraz zlokalizowany przed nim pomnik Owidiusza z 1887 roku, którego autorem jest włoski rzeźbiarz Ettore Ferrari:

Dla osób zainteresowanych ekspozycją, muzeum przygotowało krótki filmik zachęcający do wizyty (źródło: http://www.minac.ro/):

  • Na mojej konstanckiej liście zachwytów główne miejsce zajmuje jednak nie muzeum, a Wielki Meczet (Marea Moschee din Constanța), zwany też Meczetem Karola, zbudowany w latach 1910-1913:

    Budowlę wykonano w stylu egipsko-bizantyjskim, a przyległy do niej minaret – w mauretańskim. Ten ostatni liczy 47 metrów wysokości, a na jego szczyt prowadzi 140 stopni. Obiekt jest dostępny dla odwiedzających, a ponieważ mnie nie trzeba zbyt długo namawiać do wdrapywania się gdziekolwiek, to już po chwili minaret został zdobyty. Widok z góry trudy wspinaczki wynagrodził po stokroć:

    We wnętrzu meczetu warto natomiast zwrócić uwagę na malowidła ścienne oraz na 200-letni dywan o wadze przekraczającej 490 kg i rozmiarze 9 x 16 m, wykonany ręcznie w słynnym centrum rzemiosła Hereke w Turcji.

    Na mojej liście zachwytów znajduje się też inny obiekt sakralny – Katedra św. Piotra i Pawła (Catedrala Sfinții Apostoli Petru și Pavel), wybudowana w latach 1883-1885 jako pierwszy rumuński kościół w Konstancy:

    Po zniszczeniach wojennych pieczołowicie ją odnowiono i obecnie oko cieszy zarówno sam gmach świątyni, jak i jego wnętrze (m.in. dębowy ikonostas i chór, kandelabry i neobizantyjskie freski).

    Niedaleko katedry, przy nadmorskim bulwarze, natknąć się też można na pomnik opatrzony tabliczką „Carmen Sylva. Regina si poeta a Romaniei”. Powstał on w hołdzie dla ukochanej przez Rumunów Elżbiety zu Wied, pierwszej królowej Rumunii, a zarazem poetki, piszącej właśnie pod pseudonimem Carmen Sylva:

    Po przeciwnej stronie Placu Owidiusza znajduje się natomiast inny, ważny dla miasta i kraju, pomnik „Lupa Capitolina” (czyli „Wilczyca kapitolińska”), który powstał w celu upamiętnienia łacińskiego pochodzenia narodu rumuńskiego:

    Pomnik konstancki, w przeciwieństwie do tych w Bukareszcie, Kiszyniowie, Timisoarze i Kluż-Napoce, nie jest jednak darem z Rzymu, lecz kopią wykonaną w Rumunii.

    Dla tych, którzy chcieliby kontemplować sylwetkę rzymskiej wilczycy przez dłuższy czas, idealnym punktem widokowym będzie grecka restauracja Nikos. Punktów gastronomicznych należących do tej sieci jest w mieście dużo (podobnie jak włoskich pizzerii) i mogę je zdecydowanie polecić, zwłaszcza że jako nieliczni w mieście serwują dania wegetariańskie. A w dodatku potrafią być całorocznie atrakcyjni (choć nie przy nieszczęsnej Mamai – tam poza sezonem najwyraźniej nie tylko się nie plażuje i nie telegondoluje, ale też nie je 😮 ):

    (źródło: http://constanta.nikosgreektaverna.ro/)

Dobrym celem wypadów gastronomicznych jest także Marina Tomis, przy której znajduje się około 20-30 przytulnych restauracji, kawiarni i barów. Co istotne, lokale otwarte są nawet w październiku, co doceniają nie tylko pozasezonowi turyści, ale też wylegujące się w fotelach koty 🙂

Nie umiem niestety powiedzieć ani słowa o rumuńskiej kuchni. Z pewnością królują w niej ciorby, ale że ja zup poza domem unikam (bo jak np. po rumuńsku zapytać z czego jest zrobiony zupny wywar?), to mogę co najwyżej zanotować, że przez pozostałych uczestników wycieczki ciorby były chwalone.

  • Mimo dość licznych niedociągnięć, braków i zaniedbań Konstanca absolutnie mnie nie rozczarowała – być może dlatego, że nieoczywiste i nieperfekcyjne miejsca wydają mi się najprawdziwsze i najbardziej warte poznania (zresztą to samo dotyczy ludzi). To miasto ma swój niepowtarzalny urok, a także potencjał, który nadal czeka na odkrycie i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się jeszcze raz zobaczyć Konstancę – tym razem w pełnym rozkwicie (Carmen Sylva nade mną niechybnie czuwała, skoro ma opowieść się na koniec tak pięknie zrymowała 😀 ).
  • Konstanca - kasyno

Kijów (05/2017)

Kijów to miejsce trudne do opisania. Z jednej strony stare i bogate kulturowo, z drugiej na wskroś nowoczesne i niemal całkowicie pozbawione historycznych budowli. Dla osób przyzwyczajonych do miast takich jak Paryż, Kraków, czy Praga, Kijów może początkowo stanowić nie lada zagadkę.

Miejscami, np. w okolicy Majdanu Niezależności, Kijów podobny jest do krakowskiej Nowej Huty (jasne, monumentalne budynki, z arkadowymi przejściami, kolumnadami i loggiami)…

…miejscami do Odessy (XIX wieczne kolorowe, urocze kamienice)…

…a miejscami do… Katowic (np. w parku mieszczącym Muzeum historii Ukrainy w II wojnie światowej).

Kijów nie ma rynku, a za serce miasta uważa się Majdan Niezależności, czyli wielki plac przecięty ulicą Chreszczatyk…

… który niegdyś wyglądał tak:

źródło: http://para-bellum.hiblogger.net/500272.html

W czasie weekendów ulica Chreszczatyk zostaje zamknięta dla ruchu samochodowego, zamieniając się w wielki, miejski deptak…

… który z kolei wyglądał niegdyś tak:

źródło: http://para-bellum.hiblogger.net/500272.html

Swą obecną nazwę plac nosi od roku 1991, czyli od momentu uzyskania przez Ukrainę niepodległości. W latach 2004-2005 Majdan Niezależności był areną wydarzeń pomarańczowej rewolucji, a w latach 2013-2014 odbywały się na nim protesty polityczne znane pod nazwą Euromajdan (Євромайдан). Śladem po wydarzeniach Rewolucji Godności (Революція гідності) są tzw. Miejsca Rewolucji Godności, upamiętniające ofiary walk:

Miejsca Rewolucji Godności

Do miejsc, które odwiedza w Kijowie każdy Polak należy z pewnością Złota Brama, o którą – zgodnie z legendą – Bolesław Chrobry wyszczerbił swój miecz:

Złota Brama oraz pomnik Jarosława Mądrego

Nie jest to natomiast zabytek sensu stricto, gdyż swój obecny kształt brama zawdzięcza niemal całkowitej rekonstrukcji, której dokonano w latach 80-tych XX wieku mimo braku dowodów dokumentujących jej oryginalny wygląd. Na wypadek, gdyby miało to kogoś zniechęcić do odwiedzenia tego miejsca spieszę z informacją, że po zakupieniu biletu wstępu można się wspiąć na kilkukondygnacyjne tarasy i podziwiać z nich panoramę miasta. Według mnie warto:

Widoki z tarasów Złotej Bramy

Jednym z nieoczywistych miejsc wartych zobaczenia w mieście nad Dnieprem jest Ukraińskie Muzeum Architektury Ludowej i Życia Codziennego (Музей народної архітектури та побуту України). Znajduje się ono w dawnej wsi Pierogowo (Pirohiv), stanowiącej obecnie część miasta. Przenoszone są tu chaty, cerkwie i inne budowle wiejskie z różnych zakątków Ukrainy, jednak tym, co w skansenie robi największe wrażenie, są z pewnością wiatraki:

Wiatraki w Pierogowie

Zwiedzenie całego obszaru skansenu to zadanie na cały dzień, chyba że wynajmie się rower (przy wejściu znajdują się co najmniej dwa punkty z wypożyczalnią sprzętu), lub wykupi jazdę  meleksem (cena za 1 osobę dorosłą to 100 UAH w dni powszednie i 120 UAH w weekendy oraz święta).

Skansen w Pierogowie

Po zwiedzeniu muzeum warto zatrzymać się w znajdującej się na jego terenie karczmie „Szynok” serwującej dobre jedzenie i świetny bimber:

Karczma „Szynok”

Ze względu na fatalne oznakowanie skansenu (a właściwie jego całkowity brak) turystom niezmotoryzowanym podaję sposób dotarcia na miejsce środkami transportu publicznego: niebieską linią metra (M2) jechać do stacji końcowej „Teremky”, a następnie kierować się w stronę domu handlowego „Magielan”, znajdującego się przy skrzyżowaniu ulic Akademika Hluszkova i Akademika Zabolotnoho (ok. 10 minut marszu); na wiadukcie wsiąść w marszrutkę nr 496 i poprosić o wysadzenie w Pierogowie; tam do przejścia pozostaje jeszcze ok. półtorakilometrowy, kompletnie nieoznakowany odcinek.

Nam znalezienie tego rozwiązania zajęło niemal całe popołudnie, ale nie był to czas stracony, gdyż przy okazji udało nam się trafić na fantastyczną restaurację w miejscu, które takich fantastyczności wcale nie zapowiadało. Przy stacji metra „Drużby narodów” (Дружби народів), pomiędzy blokami, znajduje się bowiem lokal znanej sieci „Faina Familia” (dawniej „Oliva”), który po pierwsze zachwyca wnętrzem…

… a po drugie serwuje przepyszne dania wegetariańskie, np. taką oto polentę ze szpinakiem, grzybami i czosnkowym puree… (mniam!)

Oficjalna strona restauracji: http://finefamily.com.ua/

W ramach wakacyjnej, gastronomicznej rozpusty po sutym obiedzie warto skusić się na porządny, kaloryczny deser, np. na taki oto torcik, który zachęcił mnie przede wszystkim nazwą (kocham Pragę), ale smakował równie atrakcyjnie jak wyglądał:

Torcik, a także inne pyszne wypieki oraz herbatę ze świeżych liści mięty znaleźć można w piekarniach „Boulangerie”, przy których znajdują się ogródki (uwaga, obowiązuje samoobsługa).

Link do oficjalnej strony piekarni: http://artisan-boulangerie.ua/ua/

Jednym z najurokliwszych zakątków Kijowa jest Andrzejewski Zjazd (Андріївський узвіз) – wijąca się po wzgórzu uliczka, zabudowana malowniczymi kamienicami. To tutaj znajduje się słynne Muzeum Michaiła Bułhakowa, twórcy „Mistrza i Małgorzaty”, a także jego pomnik:

Pomnik Michaiła Bułhakowa

Jednak także i w tym przypadku trudno mówić o „zabytkowości” ulicy – jeszcze w XIX wieku na wzgórzu nie znajdowało się właściwie nic prócz cerkwi św. Andrzeja…

źródło: Wikipedia (https://en.wikipedia.org/wiki/Andriyivskyy_Descent#/media/File:Andriyivskyy_Descent_with_St._Andrew%27s_Church_and_Church_of_the_Tithes.jpg)

…a większość zabudowy powstała w latach późniejszych. Nie zmienia to jednak faktu, że miejsce to – głównie za sprawą urzędujących tu artystów – ma swój niepowtarzalny klimat i czar i że na stałe wpisało się w kulturowy krajobraz miasta:

Andrzejewski Zjazd

Według legendy wzgórze to mijał w czasie swojej podróży w 40 r. św. Andrzej i wskazał je jako miejsce, gdzie za sprawą bożą powstanie miasto i wspaniała świątynia. Dziś cerkiew, zarządzana przez niekanoniczny Ukraiński Autokefaliczny Kościół Prawosławny, nadal prezentuje się wspaniale…

Cerkiew św. Andrzeja

Dodatkową atrakcją Andrzejewskiego Zjazdu jest możliwość wdrapania się – po schodach znajdujących się w jego dolnym biegu – na wzgórze, z którego rozciągają się takie oto wspaniałe widoki na miasto:

Widok ze wzgórza przy Andrzejewskim Zjeździe

Niezaprzeczalnym atutem Kijowa jest jego położenie nad malowniczym Dnieprem. Polakom, dla których wzorcem i miarą rzeki jest Wisła, widok Dniepru zapiera dech w piersiach. Z Portu Rzecznego, znajdującego się w pobliżu stacji metra „Plac Pocztowy” (Поштова площа)…

Port Rzeczny

… można się wybrać w jedno- lub kilkugodzinne rejsy statkiem:

Rejs Dnieprem
Widok z Dniepru na Port Rzeczny
Widok z Dniepru na pomnik Matki-Ojczyzny i Ławrę Peczerską

Warto też usiąść w jednej z przybrzeżnych kafejek i, popijając pyszny miejscowy kwas chlebowy lub kompot z suszonych owoców (uzvar), podziwiać rzekę…

Widok na Dniepr

Na placu przylegającym do budynku Portu Rzecznego stoi – przyniesione najprawdopodobniej z Majdanu – pianino. W czasie naszego pobytu w Kijowie bywaliśmy w tym miejscu wielokrotnie i nie zdarzyło się, żeby ktoś na tym pianinie nie grał. Muszę przyznać, że uwielbiałam te koncerty i to mimo okrutnego rozstrojenia instrumentu 😉

Pianino na Placu Pocztowym

Znajdująca się na naddnieprzańskim wzgórzu Ławra Peczerska to kolejne miejsce, któremu można poświęcić nawet cały dzień. Stanowi ona centrum prawosławia na Ukrainie, a w jej skład wchodzą Ławra Górna, znajdująca się pod zarządem państwowym oraz Ławra Dolna przekazana w zarząd Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego. Na cały kompleks sakralny Ławry Peczerskiej składa się kilkanaście cerkwi oraz szereg innych budynków takich jak drukarnia, dzwonnice i in. Jedyna rzecz, która wzbudziła mój niesmak, to wielopozycyjny cennik, w którym trudno się było zorientować do czego uprawnia dany bilet oraz nieadekwatnie wysoka opłata za możliwość robienia zdjęć. Oceniłam, że chytrość nie popłaca (na jednym ryczałtowym bilecie zarządcy zarobiliby więcej, a dodatkowo nie trzeba byłoby zatrudniać rzeszy kontrolerów) i zbojkotowałam fotografowanie, dlatego też jedyne zdjęcia jakimi dysponuję, to te robione zza murów Ławry lub pożyczone od innych, mniej skąpych uczestników wycieczki 🙂

Ławra Peczerska

Link do oficjalnej strony Ławry Peczerskiej: https://lavra.ua/

Podobna sytuacja miała zresztą miejsce w przekształconym w muzeum Soborze Sofijskim (Софійський Собор), gdzie – w przeciwieństwie do hojnych współtowarzyszy – również zrezygnowałam z robienia zdjęć zabytkom…

Sobór Sofijski

… udało mi się natomiast sfotografować bandurzystę Stepana Szczerbaka…

Stepan Szczerbak

…który pod murami świątyni śpiewał znaną nam z „Ogniem i Mieczem” pieśń „Oj, czyj to koń stoi”, czyli tzw. „dumkę Bohuna:

Piękną ukraińską melodię udało mi się ponadto zarejestrować w okolicy Monasteru św. Michała Archanioła:

 

Przygnębiające wrażenie robią natomiast znajdujące się na ogrodzeniu świątyni tablice z nazwiskami i zdjęciami osób, które zginęły w czasie toczącego się konfliktu z Rosją:


Ofiary konfliktu z Rosją

Widoczna na ostatnim zdjęciu, ubrana na czarno kobieta to matka jednej z ofiar, która straciła najmłodszego syna…

Innym smutnym, lecz wartym odwiedzenia miejscem, jest otworzony w 2009 roku „Kompleks Memorialny Hołodomoru”, upamiętniający około 7 milionów ofiar Wielkiego Głodu lat 1932-1933. Symbolem memoriału jest brązowa figurka wygłodzonej dziewczynki, trzymającej w rękach kłosy zboża:

Ekspozycję muzeum stanowią przedmioty, zdjęcia i dokumenty związane z Wielkim Głodem lat 1932-1933, a także materiały audiowizualne. Od 1998 roku Dzień Pamięci Ofiar Wielkiego Głodu (od 2004 Dzień Pamięci Ofiar Wielkiego Głodu i Represji Politycznych) jest świętem państwowym Ukrainy, obchodzonym corocznie w czwartą sobotę listopada. Od momentu utworzenia Muzeum święto to zyskało nową tradycję zapalania w tym dniu na terenie memoriału świec ku pamięci ofiar.

Link do oficjalnej strony muzeum: http://memorialholodomor.org.ua/

Zdecydowanie większy rozmach ma mieszczące się na naddnieprzańskiej skarpie Narodowe Muzeum Historii Ukrainy w II wojnie światowej (Національний музей історії України у Другій світовій війні). Jego teren (ponad 10 hektarów), poza budynkiem ekspozycyjnym ze stałą wystawą, zajmują eksponaty plenerowe takie jak czołgi, wozy bojowe i inne sprzęty batalistyczne…

… ogromnej wielkości socrealistyczne rzeźby…

… oraz symbol Kijowa, czyli monumentalny, metalowy pomnik Matki-Ojczyzny (całkowita wysokość: 102 metry, waga: 500 ton), nazywany potocznie „teściową”. Matka-Ojczyzna w jednej ręce trzyma tarczę, a w drugiej miecz, który swego czasu uległ znacznemu skróceniu ze względu na zagrożenie jakie stanowił dla samolotów (lub po to by nie znajdował się ponad krzyżami leżącej nieopodal Ławry Peczerskiej):

Pomnik Matki-Ojczyzny

Proces tworzenia tego kolosa można obejrzeć na poniższym filmie:

Gwoli ścisłości – spotykana w przewodnikach i w internecie dawna nazwa tego kompleksu memorialnego, tj. Muzeum Historii Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 1941-1945 została zmieniona w związku z przyjętą w maju 2015 roku „ustawą o uwiecznieniu zwycięstwa nad nazizmem w II wojnie światowej 1939-1945”, mającą na celu m.in. usunięcie z obiegu publicznego sowieckiego pojęcia „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej” i zastąpienie go terminem „II wojna światowa”. „Ustawa o potępieniu komunistycznego i narodowosocjalistycznego (nazistowskiego) reżimów totalitarnych i zakazie propagowania ich symboliki” przewiduje z kolei szeroką dekomunizację przestrzeni publicznej, w szczególności poprzez usunięcie pomników działaczy komunistycznych oraz zmianę nazw miast i ulic związanych z komunistycznym reżimem.

Pomnik Matki-Ojczyzny ma uniknąć rozbiórki, zarządzono natomiast, by w związku z ustawą dekomunizacyjną usunięte lub ukryte zostało znajdujące się na nim radzieckie godło. „Teściowej” szykuje się ponadto towarzystwo. Jeśli wierzyć internetowym doniesieniom z maja tego roku, Kijów planuje by na terytorium Muzeum Historii Ukrainy, w sąsiedztwie pomnika, utworzyć kompleks memorialny „Agresja Rosji”.

Link do oficjalnej strony muzeum: http://www.warmuseum.kiev.ua/

Innym charakterystycznym dla Kijowa obiektem, utrzymanym w podobnym do „teściowej” stylu, jest zbudowany w 1982 roku Pomnik Przyjaźni Narodów, mający symbolizować przyjaźń ukraińsko-rosyjską.  Jest to szary, przytłaczający, stalowy łuk ogromnych – bo jakże by inaczej – rozmiarów, pod którym znajdują (lub znajdowały się) dwie kompozycje: posągi dwóch robotników – Ukraińca i Rosjanina oraz rzeźba upamiętniająca zawarcie umowy w Perejasławiu (1654 rok), na mocy której Ukraina została poddana władzy cara rosyjskiego. Trudno się dziwić, że sami Ukraińcy nazywają ów pomnik „jarłem”, czyli jarzmem:

W związku z ustawą dekomunizacyjną ukraińskie ministerstwo kultury zapowiadało w zeszłym roku, że pomnik zostanie częściowo zdemontowany, czyli że obie towarzyszące mu rzeźby zostaną usunięte i przeniesione do muzeum zdekomunizowanych pomników, znajdującego się  na terenie lotniska Żulany w Kijowie – czy jednak tak się stało nie wiem, gdyż pod samo jarzmo nie dotarliśmy. A szkoda, bo znajduje się tam ponoć taras widokowy, a tarasy i punkty widokowe to zdecydowanie mój konik 🙂

Kolejką „Funikuler”…

… dotarliśmy natomiast z Placu Pocztowego pod wspomniany już wcześniej kompleks budynków sakralnych Monasteru św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach, który w słoneczny dzień robi oszałamiające wrażenie…

Monaster św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach

Wskazówki praktyczne.

Najwygodniejszym sposobem poruszania się po mieście jest metro, które w ciągu dnia kursuje mniej więcej co trzy minuty na każdej z trzech linii. Od momentu przekroczenia bramek wejściowych do wyjścia z metra jeździ się na jednym żetonie, niezależnie od ilości przesiadek. Koszt jednego żetonu to 4 UAH. Warto tu wspomnieć o stacji „Arsenalna”, która jest najgłębiej położoną stacją metra na świecie. Komunikację uzupełniającą stanowią w Kijowie autobusy, trolejbusy i tramwaje oraz – niezawodne i charakterystyczne dla całej Ukrainy – marszrutki. Koszt tych ostatnich, po styczniowej podwyżce, to 6 UAH. Podczas każdego pobytu na Ukrainie nieustająco podziwiam dyscyplinę pasażerów, którzy na nieoznakowanych przystankach ustawiają się w kolejce do marszrutki jeszcze zanim pojazd pojawi się na horyzoncie.

Dojazd z Polski do Kijowa stał się ostatnio dużo prostszy dzięki uruchomieniu przez kolej bezpośredniego połączenia IC Przemyśl-Kijów. Czas podróży wynosi 7,5 godziny, a cena biletu to ok. 60 PLN (zmienia się w zależności od kursu EUR). Zdecydowanie słabym punktem tego rozwiązania jest natomiast organizacja dworca w Przemyślu, na którym trzeba trzykrotnie schodzić z bagażami schodami w dół i trzykrotnie wdrapywać się nimi w górę. Jest to bardzo irytujące, zwłaszcza gdy pomyśli się o niedawnym, gruntownym remoncie dworca…

Ceny w Kijowie nie różnią się od tych we Lwowie, trzeba się natomiast przyzwyczaić, że w przeciwieństwie do niemal w 100% ukraińskojęzycznego Lwowa, w stolicy nadal dominuje język rosyjski. Co dziwniejsze – w Kijowie nie wychodzi obecnie żadna gazeta codzienna w języku ukraińskim (sic!). Być może sytuację tę zmieni ustawa, nad którą w czasie naszego pobytu na Ukrainie debatowała Rada Najwyższa Ukrainy, a która ma wprowadzić procentowe limity dla języka rosyjskiego we wszystkich ukraińskich mediach.

Szukając hotelu dobrze sugerować się jego odległością od stacji metra. Z położonego nawet w większej odległości od centrum hotelu można w ciągu kilku czy kilkunastu minut dostać się do serca miasta, a ceny za nocleg są zdecydowanie niższe. Godny polecenia jest np. Hotel Tourist…

… a zwłaszcza pokoje na wyższych piętrach, z których można podziwiać panoramę miasta:

Bodajże jedynym minusem hotelu jest fakt, że znajduje się on przy naziemnej, czyli dość hałaśliwej, części  linii metra.

Toalety typu „narciarz” nie są już co prawda powszechne, ale można się jeszcze na takową natknąć. Niektóre – np. ta na głównym dworcu kolejowym – mają dodatkową atrakcję w postaci niepełnych drzwi, przypominających te z westernowego saloonu 😉

Na koniec jeszcze kilka zdjęć kijowskich pomników…

Pomnik Bohdana Chmielnickiego
Pomnik legendarnych założycieli Kijowa – Kija, Szczeka, Chorywa i ich siostry Łybedź

… i kilka przykładów szalonej kijowskiej architektury…

… a potem już tylko… do zobaczenia w Kijowie! 🙂

Użhorod (09/2016)

uzhorod_panorama

Pomysł na wrześniowy weekend: Użhorod. Ukraińskie miasto przy granicy ze Słowacją, blisko granicy węgierskiej. Historyczna stolica Zakarpacia.

Jak sobie wyobrażamy Użhorod? Jako raczej małe miasto z raczej dużą rzeką. Jest raczej na odwrót 🙂

uzhorod_uz

Do miasta najłatwiej dostać się ze Słowacji przez przejście graniczne  Vyšné Nemecké – Użhorod. Nam niestety nie było to dane, gdyż zarówno przy próbie przejazdu w tamtą jak i w tą stronę z nieznanych nam bliżej powodów granica była  w tym miejscu nieprzejezdna (prawdopodobnie blokada drogi po stronie ukraińskiej). Dzięki temu zwiedziliśmy jednak dwa inne przejścia graniczne: przy wjeździe słowacko-ukraińskie Małyj Bereznyj – Ubl’a, a w drodze powrotnej ukraińsko-węgierskie Záhony-Czop. Na tym drugim udało mi się nawet zatrzasnąć w toalecie  – na szczęście zrobiłam to po stronie ukraińskiej i współtowarzysze nie mieli problemu z wezwaniem pomocy; na Węgrzech mogłoby z tym być dużo trudniej 😉

Z Polski wyruszyliśmy w sobotni, deszczowy poranek, z niewielką nadzieją na rozpogodzenia…

slowacja_deszcz_1

slowacja_deszcz_2

… jednak z każdą godziną pogoda stawała się coraz lepsza. Tym bardziej dziwiło nas, że w słoneczne, sobotnie popołudnie mijane po drodze słowackie wsie wyglądały niemal jak wymarłe. Natomiast po stronie ukraińskiej mimo zimna i późnej pory (objazd i postój na granicy zajęły nam kilka godzin) miejscowości tętniły życiem. Do celu podróży dotarliśmy tuż przed północą.

„Słownik geograficzny Królestwa Polskiego. Tom XII” (nakł. Filipa Sulimierskiego i Władysława Walewskiego, 1880-1914) na stronie 800 podaje następujące dane o mieście: „Ungvar, słow. Użhorod, główne miasto w hr. ungwarskiem (Węgry), po obu brzegach rz. Ungh (dopł. Ondawy). Posiada kościół rz.-katol., 2 kościoły gr.-kat., kościół ewang., synagogę, st. kol. żel. węgier.-wschodniej, st. poczt. i tel., do 12000 mk. Na wzgórzu stoi obszerna rezydencya biskupa gr.-katol. Ulice krzywe, źle brukowane, brudne. Na wzgórzu wysoko położony zamek, rozległy wspaniały gmach, mieści obecnie seminaryum duchowne. Dawne fortyfikacye zamku coraz bardziej niszczeją. W okolicy rozległe winnice, lasy, młyny wodne, tartaki, zdroje mineralne. W mieście bywają ożywione jarmarki”.

Po stu latach miasto ma więcej mieszkańców i mniej młynów (o ile w ogóle jakiś ma?) oraz fundusze i chęci by nic już nie niszczało, ale jeśli chodzi o ulice, to cóż… raczej nadal krzywe, źle brukowane i trochę brudne 😉

Turystyczne punkty obowiązkowe Użhorodu to po pierwsze ok. XV-wieczny zamek, w którym obecnie mieści się Zakarpackie Muzeum Krajoznawcze…

uzhorod_zamek

dsc_0311

… z dość zapyziałą ekspozycją, wypchanymi zwierzętami, styropianowymi eksponatami…

uzhorod_makieta_zamku

… oraz kazamatami, w których obok narzędzi tortur znaleźć można figurę człowieka o znajomo wyglądającej twarzy:

uzhorod_kazamaty

Drugi punkt obowiązkowy to znajdujący się tuż obok zamku skansen drewnianej architektury zakarpackiej – bardzo ładnie urządzony i zadbany:

uzhorod_skansen_1

uzhorod_skansen_2

uzhorod_skansen_3

uzhorod_skansen_4

uzhorod_skansen_5

uzhorod_skansen_6

uzhorod_skansen_7

Trzecia na liście obowiązkowej jest synagoga wybudowana w 1904 roku w stylu mauretańsko-bizantyjskim:

uzhorod_synagoga_1

uzhorod_synagoga_2

Swą pierwotną funkcję budynek pełnił jednak dość krótko. Od czasu zakończenia II wojny światowej mieści się w nim filharmonia miejska.

Ilość i wysokość drzew rosnących wokół dawnej synagogi powodują, że niełatwo ją sfotografować, ale przed wojną prezentowała się ona wyśmienicie również z perspektywy przeciwległego brzegu Użu:

źródło: Wikimedia (https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Uzhgorod_(Ungvar),synagogue.jpg)
źródło: Wikimedia (https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Uzhgorod_(Ungvar),synagogue.jpg)

Widoczne w tle dwie wieże należą do grekokatolickiej katedry pw. Podwyższenia Krzyża Świętego, która obecnie wygląda tak:

uzhorod_katedra_gr_kat

…i również jest warta obejrzenia.

A sam Użhorod zdecydowanie wart jest tego, żeby się po nim porządnie poszwendać i spacerując ulicami podglądnąć pracę latarnika…

uzhorod_latarnik

… nad rzeką spotkać Szwejka…

uzhorod_szwejk_1

… na moście, mimo niskiego stanu wody, natknąć się na rzekę miłości…

uzhorod_most_klodki

… w pasażu zerknąć na półki biblioteki miejskiej nie przekraczając jej progu…

uzhorod_biblioteka

… w cukierni pozwolić nieznajomemu na serdeczny, acz zimny uścisk dłoni…

uzhorod_klamka

… a pod kawiarnianym stołem na podanie ciepłych i okrutnie brudnych łap 😉 …

uzgorod_pies

… popijając kawę poobserwować przedsiębiorczych poszukiwaczy monet…

uzgorod_monety

… a na koniec skosztować niewiarygodnie pysznej zakarpackiej kuchni, w której bez problemu da się wyszperać coś wegetariańskiego:

uzgorod_restauracja

Z przyjemnością dopisuję Użhorod do listy miejsc nieoczywistych, wartych odwiedzenia w weekend! 🙂

uzgorod_panorama_2

uzhorod_mapauzhorod_mapa_rowerowa

 

Białogród nad Dniestrem (06/2016)

akerman_4

Będąc w Odessie warto przeznaczyć jeden dzień na wycieczkę do Białogrodu nad Dniestrem (ukr. Білгород-ДністровськийBilgorod-Dnistrowskij). Choć obecnie miejsce to może się poszczycić jedynie pozostałościami twierdzy, to warto pamiętać, że jego historia liczy sobie ponad 2,5 tys. lat, a sama nazwa – wraz z przechodzeniem miasta z rąk do rąk – zmieniała się ok. 20 razy. Nosił zatem Białogród nazwy: Ophiusa, Tyras, Alba Iulia, Levkopolis, Asprokastron, Montekastro, Asperon, Album Castrum (łac. Biały Zamek), Cetatea Alba (rum. Białe Miasto), Akerman (tur. Ak Kerman – Biała Twierdza), Białogród i wreszcie Bilgorod-Dnistrowskij. W większości tych nazw „zobaczyć” można biel wapienia, z którego zostało zbudowane miasto. Z Odessy do Białogrodu dostać się można pociągiem lub jedną z marszrutek odjeżdżających z postoju przy dworcu kolejowym. My, ze względu na bardziej odpowiadające nam godziny odjazdu, wybraliśmy tę drugą opcję. Podróż jest tania, całkiem wygodna i niezbyt długa (trwa niewiele ponad godzinę). Ważna wskazówka: na postoju należy szukać tabliczki autobusowej nie z pełną nazwą miasta, tj. „Białogród Dniestrowski”, czy skróconą do „Białogród D.”, lecz skrótu… „B. Dniestrowski”.

Marszrutka z Odessy do Białogrodu nad Dniestrem
Marszrutka z Odessy do Białogrodu nad Dniestrem

Na trasie przejazdu znajdują się dwie miejscowości, o których warto wspomnieć, a mianowicie: Zatoka i Szabo.

Pierwsza z nich to punkt docelowy plażowiczów, których w marszrutce łatwo poznać po klapkach i kąpielówkach. Zatoka ma ponoć piękną plażę i – w przeciwieństwie do portowej Odessy – czystą wodę.

Szabo, położone w odległości 70 km od Odessy i 7 km od Białogrodu, słynie z kolei z win, wermutów i koniaków produkowanych z uprawianych tu winogron. Tradycję winiarską na tych terenach zapoczątkowali w 1822 roku Szwajcarzy, a ponieważ obowiązująca wówczas nazwa miejscowości Aşa-abag była dla nich nie do wymówienia, przekształcili ją najpierw w Shabag, a następnie w Shabo. Obecnie winnice Shabo zajmują powierzchnię ok. 1200 ha. Osoby zainteresowane winiarstwem odsyłam do prezentacji marki Shabo, znajdującej się pod linkiem: https://mfa.gov.ua/mediafiles/sites/austria/files/SHABO_PRESENTATION-ENG_OK.pdf shabo-reserve Trasa marszrutki kończy się na białogrodzkim dworcu, w którego okolicy trudno znaleźć cokolwiek ciekawego; miasto nie otrząsnęło się jeszcze z poradzieckiej bylejakości. Pomni ostrzeżeń, że w pobliżu twierdzy brak jest zaplecza gastronomicznego, siadamy na chwilę w przydworcowym lokalu, zjadamy śniadanie, a następnie ruszamy w drogę przez park i targ miejski. Ani jedno, ani drugie nie wprawia niestety w zachwyt, za to wysadzane drzewami alejki z ciągnącymi się wzdłuż niskimi zabudowaniami robią bardzo przyjemne wrażenie. Nie zaszkodzi troszkę się w nich zgubić choćby po to, by móc kogoś zapytać o drogę i przy okazji dowiedzieć się np. o wyższości Roberta Lewandowskiego nad Christiano Ronaldo (za kilka dni ćwierćfinał Euro 2016!), czy wytłumaczyć pani z kiosku dlaczego nie możemy przygarnąć jednego z odkarmianych przez nią kociąt. Żegnani serdecznościami udajemy się w górę ulicy, by po chwili wyjść na otwartą przestrzeń, ograniczoną z jednej strony murami akermańskiej twierdzy.

akrman_9

Upał doskwiera nam niemiłosiernie, za to widoki mamy dzięki pogodzie zachwycające.

akerman_1 akerman_2 akerman_6 akerman_7

Widoczna z wysokości murów woda, mimo iż sięga po horyzont, nie jest jest wodą morską, a limanem Dniestru – jednym z największych w obrębie Morza Czarnego. Liman Dniestrowski liczy sobie ok. 40 km długości i od 4 do 12 szerokości, a od morza oddziela go mierzeja Bugaz.

akerman_3

akerman_5

akerman_8

Na terenie twierdzy oraz pod jej murami znajdują się stoiska z pamiątkami…

akerman_12

akerman_11

… a przy parkingu powstało kilka knajpek, w których można coś zjeść i wypić przed wyruszeniem w drogę powrotną.

akerman_10

Ostrzeżenia zawarte w przewodnikach okazały się zatem nieaktualne, co z jednej strony jest pozytywną informacją dla turystów, a z drugiej dobrze wróży miastu, które dzięki turystyce ma szansę się rozwinąć i zainwestować np. w lokalną infrastrukturę.

Na koniec nie sposób nie wspomnieć o Adamie Mickiewiczu, który zainspirowany podróżą do Akermanu napisał znane nam wszystkim „Stepy akermańskie”, stanowiące wstęp do stworzonego później cyklu „Sonetów krymskich”:

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu.

Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;
Patrzę w niebo, gwiazd szukam przewodniczek łodzi;
Tam z dala błyszczy obłok? tam jutrzenka wschodzi?
To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu.

Stójmy! — Jak cicho! — Słyszę ciągnące żurawie,
Których by nie dościgły źrenice sokoła;
Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,

Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.
W takiej ciszy — tak ucho natężam ciekawie,
Że słyszałbym głos z Litwy. — Jedźmy, nikt nie woła!

 

Odessa, ach Odessa! (06/2016)

odessa_ulice_2

To, że ponownie odwiedzimy Ukrainę było pewne, natomiast wyboru miasta tym razem dokonał za nas „Okean Elzy”. Chcąc połączyć przyjemne (urlop) z przyjemnym (koncertem) zerknęliśmy na trasę koncertową zespołu i zdecydowaliśmy, że nie ma sensu wybierać się drugi raz na Arenę Lviv, skoro do wyboru jest też na przykład… odeski Czernomorec! Decyzja okazała się ze wszech miar słuszna.

Odessa jest zachwycająca, a dotarcie do niej dużo łatwiejsze niż mogłoby się wydawać. W sezonie wakacyjnym ze Lwowa odjeżdżają nawet trzy pociągi dziennie, ceny biletów są bardzo atrakcyjne (także te w najlepszej klasie), a podróż, mimo iż trwa 12 godzin, nie męczy (przynajmniej ta w zamykanych przedziałach, bo z miejsc typu plackarta nie zdecydowaliśmy się skorzystać).

Każdy wagon obsługiwany jest przez panią „prowadnicę”, u której można zamówić kawę lub herbatę.

pociag_lwow_odessa_2
Pociąg Lwów-Odessa. Ukraińska kolej życzy szczęśliwej podróży 🙂

Jeśli wpadlibyście na pomysł, żeby kosztem kilku godzin snu posiedzieć przy oknie i pooglądać krajobrazy to raczej odradzam – na większości trasy wzdłuż torów ciągnie się pas drzew, który skutecznie utrudnia obserwację.

Rozkład jazdy pociągów, dostępność miejsc i ceny biletów można sprawdzić pod poniższym linkiem: http://booking.uz.gov.ua/en/

Ze względu na specyficzny układ odeskiego dworca osoby podróżujące w ostatnich wagonach po przyjeździe czeka dość długi spacer wzdłuż peronu.

Dworzec kolejowy w Odessie
Dworzec kolejowy w Odessie

Stara część Odessy to szerokie, wysadzane pięknymi drzewami, przecinające się pod kątem prostym aleje.

Odeska ulica
Odeska ulica

Jedną z ważniejszych stanowi ulica Deribasowska, która po częściowym wyłączeniu z ruchu samochodowego stała się głównym miejskim deptakiem. Jej nazwa pochodzi od nazwiska jednego z budowniczych miasta, hiszpańskiego admirała w służbie rosyjskiej Josifa (Osipa) Deribasowa, a właściwie Jose Pascuala Domingo de Ribas y Boyons. Jego pomnik znaleźć można na końcu ulicy, od strony morza.

Odessa - pomnik Deribasowa
Odessa – pomnik Deribasowa

Przy Deribasowskiej w czasie swojego pobytu w mieście mieszkali m.in. Aleksander Puszkin i Adam Mickiewicz, a – według słów Aloszy Awdiejewa – pewien mężczyzna tak intensywnie myślał o kiełbasie, że aż zleciały się okoliczne psy 🙂

odessa_tablica_puszkin

odessa_tablica_mickiewicz

Przy tej samej ulicy znajduje się dawny pałac Woroncowa z pięknym, secesyjnym pasażem handlowym…

odessa_pasaz_1

odessa_pasaz_2

odessa_pasaz_3

… oraz ogród miejski.

Odessa - park miejski
Odessa – ogród miejski

W mieszczącej się na skraju ogrodu restauracji „Franzol” (franzol.com.ua) występuje co wieczór (przynajmniej w sezonie wakacyjnym) kwartet instrumentalno-wokalny, który swoim repertuarem tak doskonale wpisuje się w klimat miasta, że chce się go słuchać codziennie. Nazwy zespołu niestety nie znamy, ale charakterystyczna „żółta pani” jest widoczna z daleka niczym latarnia morska Woroncowa – proszę się na nią bez wahania kierować.

Koncert odeskich piosenek
Koncert odeskich piosenek

Na koncertach „żółtej pani” i jej zespołu posłuchać można przede wszystkim piosenek żydowskich i rosyjskich, w tym tych z repertuaru Leonida Utiesowa, którego pomnik znajduje się nieopodal lokalu.

Pomnik i tablica pamiątkowa poświęcona Leonidowi Utiesowowi
Pomnik i tablica pamiątkowa poświęcona Leonidowi Utiesowowi

Jednak przepiękne, odeskie „U Czernoho Moria”

usłyszeliśmy nie w restauracji, a na stadionie Czernomorec z ust Światosława Wakarczuka oraz tysięcy fanów zgromadzonych na koncercie „Okean Elzy” (patrz: Океан Ельзи У Черного моря Одесса).

odessa_koncert_oe

Okean Elzy - koncert na stadionie Czernomorec w Odessie
Okean Elzy – koncert na stadionie Czernomorec w Odessie

W okolicach ulicy Deribasowskiej warto odwiedzić ponadto Sobór Przemienienia Pańskiego przy Placu Soborowym 3, czyli największą cerkiew prawosławną Odessy…

Odessa - Sobór Przemienienia Pańskiego
Odessa – Sobór Przemienienia Pańskiego

… a także jarmark przy Placu Greckim, na którym można skosztować kuchni i trunków z niemal całego świata…

odessa_jarmark

Odesskaja Jarmarka
Odesskaja Jarmarka

… w tym najlepszego na świecie falafela i kwasu chlebowego w tej oto niepozornie wyglądającej budce:

odessa_falafel

Odessa to dla Ukraińców przede wszystkim wakacyjny kurort, stąd też najchętniej odwiedzanymi miejscami są plaże. My do zwolenników plażowania raczej nie należymy, więc dotarcie nad brzeg morza trochę nam zajęło, ale gdy ulica Deribasowska wypuściła nas wreszcie ze swojej orbity, wyruszyliśmy na spacer przez Park Tarasa Szewczenki na spotkanie z amatorami kąpieli w Morzu Czarnym.

odessa_plaza_1

Plaża w Odessie
Plaża w Odessie

Na drugie spotkanie z morzem wybraliśmy się do portu.

odessa_port_2

Port morski w Odessie
Port morski w Odessie

Jednym z jego charakterystycznych elementów jest rzeźba kobiety z dzieckiem na ręku, machającym w stronę odpływającego statku.

odessa_port_pomnik
Rzeźba kobiety z dzieckiem w odeskim porcie. W tle latarnia Woroncowa.

Z dworca morskiego można się wybrać w ok. 30-minutowy rejs statkiem po zatoce.

W drodze powrotnej do centrum obowiązkowym punktem turystycznym są znajdujące się tuż obok portu słynne schody potiomkinowskie (dawniej: primorskie). Z ich perspektywy dworzec morski, mimo iż nie najpiękniejszej urody, prezentuje się całkiem nieźle.

Dworzec Morski w Odessie
Dworzec Morski w Odessie

Szkoda, że od strony morza schody kończą się obecnie barierkami oddzielającymi je od biegnącej wzdłuż portu ruchliwej ulicy, którą trzeba pokonywać przejściem podziemnym. Schody widziane z dołu mimo trwających prac remontowych prezentują się natomiast dość imponująco, a wraz z pokonywaniem kolejnych stopni u ich szczytu dostrzegamy wyłaniającą się sylwetkę księcia de Richelieu (właśc. Armanda Emmanuela Sophie Septemanie du Plessis), pierwszego gubernatora Odessy.

Odessa - Schody Potiomkinowskie
Odessa – Schody Potiomkinowskie

W niewielkiej odległości od Przymorskiego Bulwaru znajduje się też pomnik założycielki miasta, carycy Katarzyny II.

Odessa - pomnik carycy Katarzyny
Odessa – pomnik Katarzyny II

Podczas naszego kilkudniowego poznawania miasta odwiedziliśmy jeszcze rzymskokatolicki Kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny przy ul. Kateryńskiej…

odessa_kosciol_rzymsko_katolicki

Odessa - Kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
Odessa – Kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

… oraz Odeskie Muzeum Sztuki – zaniedbane, lecz mieszczące bogatą kolekcję starych ikon i XIX-wiecznego malarstwa rosyjskiego…

Odeskie Muzeum Sztuki
Odeskie Muzeum Sztuki

odeskie_muzeum_sztuki_3

… ale przede wszystkim przemierzaliśmy, bez wyznaczania sobie konkretnych celów, ulice tego niezwykłego miasta, które mimo iż liczy sobie zaledwie ok. 200 lat potrafiło dzięki mozaice wielu narodowości, wielu języków, wielu kultur i wielu religii stworzyć absolutnie niepowtarzalny klimat i czar.

odessa_kamienica_2odessa_kamienica_3odessa_kamienica_5odessa_kamienica

Współczesna Odessa jest zresztą nadal miastem bardo różnorodnym, które np. z jednej strony pozostaje niemal w 100% rosyjskojęzyczne, a z drugiej w sposób bardzo otwarty prezentuje kurs proukraiński. Świetnym tego przykładem był flash mob zorganizowany w 2014 roku przez wenezuelskiego szefa filharmonii odeskiej, Hobarta Earle’a, w czasie którego muzycy zgromadzeni na największym odeskim targu „Privoz” zagrali w intencji pokoju na Ukrainie hymn Unii Europejskiej, czyli „Odę do Radości”:

Ukraińskim obliczem miasta polecamy pozachwycać się w restauracji „Kumanec”, róg Havannej i Lanżeroniwskiej (http://kumanets.com.ua/), gdzie na tle naturalnej wielkości drewnianej krowy można sobie zrobić zdjęcie z rosyjskojęzycznym kelnerem w ukraińskiej wyszywance, a następnie oddać się sernikowo-truskawkowej rozpuście 🙂

Odessa - restauracja Kumanec
Odessa – restauracja Kumanec

Tym, którzy stworzyli sobie ambitny plan dnia, ale poranny rozruch sprawia im nieco trudności, polecamy natomiast kawiarnię „Sziko” przy ul. Greckiej, w której kelner, patrząc w przysłonięte ciemnymi okularami ledwo otwarte oczy pyta konspiracyjnym szeptem „duża kawa i co do tego?” 😉

Nasz plan zwiedzania nie był zbyt ambitny, a raczej prawie go nie było. Z tego też powodu do wielu miejsc nie dotarliśmy, lub obejrzeliśmy je bardzo pobieżnie, jak np. słynną odeską operę…

odeska_ulica_2

Odessa - budynek opery
Odessa – budynek opery

… ale przecież trzeba coś sobie zostawić na kolejny wyjazd! 🙂

zydzi_odescyodessa_murale_1odessa_murale_2

Na koniec zachęcamy do stworzenia wraz z nami listy pisarzy, muzyków, malarzy itp., z których twórczością – waszym zdaniem – warto się zapoznać w związku z podróżą do Odessy. Na początek kilka naszych propozycji :

  1. Isaak Babel „Opowiadania odeskie” (książka)
  2. Charles King „Odessa. Geniusz i śmierć w mieście snów” (książka)
  3. Alosza Awdiejew „Chłopcy źli” (płyta)
  4. Teatr Zwerciadło „Piosenki Żydów z Odessy” (płyta)

odessa_ulice

Dobry przepis na miód z mniszka lekarskiego (mlecza)

Odkąd w zeszłym roku po raz pierwszy w życiu przygotowaliśmy własnoręcznie miód z mniszka lekarskiego, nie mogliśmy się doczekać kolejnej kwitnącej żółtymi mleczami wiosny. I oto jest początek maja, a pękate słoiczki z wypełnionymi złotym miodem brzuszkami uśmiechają się już z szafki.

miód z mniszka

Mniszek lekarski, potocznie zwany mleczem, dmuchawcem, czy męską stałością (ciekawe dlaczego… 🙂 ), zawiera niezwykłą ilość substancji korzystnie wpływających na nasze zdrowie, w tym witaminę A (beta-karoten), witaminy z grupy B, inulinę, fitosterole, flawonoidy, fitoestrogen i inne związki o skomplikowanych nazwach, a także duże ilości magnezu, fosforu, żelaza, sodu, wapnia i potasu. Właściwości zdrowotne mają zarówno kwiaty, liście jak i korzeń rośliny. Preparaty z mniszka wpływają dobroczynnie na nerki, wątrobę i żołądek. Coraz częściej mówi się też o ich działaniu antynowotworowym. Miód z kwiatów mniszka jest ponadto niezastąpiony w walce z przeziębieniami.

Przepis na miód z mniszka (zwany przez niektórych syropem) jest bardzo prosty. Poszczególne wersje tego przepisu różnią się między sobą jedynie proporcjami. W zastosowanym przez nas przepisie na 500 kwiatów mniszka przypada 1 litr wody i 1 kilogram cukru oraz dwie cytryny. Stosując potrójną proporcję uzyskaliśmy 20 słoiczków miodu.

Mlecze należy zbierać w miejscu oddalonym od miast i ruchliwych dróg, najlepiej koło południa, w słoneczny dzień. Najlepiej wybierać duże, dobrze rozwinięte kwiaty. Osobom, które nie przepadają za zbyt bliskim kontaktem z pająkami, proponuję zaopatrzyć się w długie gumowe rękawiczki. Co prawda na łące wygląda się w nich dość osobliwie, ale za to stresu i krzyku przy zbieraniu jest zdecydowanie mniej 😉

zebrane kwiaty mniszka

Zebrane kwiaty należy rozsypać, np. na przykrytym papierem stole, na około godzinę. W tym czasie z naszych zbiorów powinna się ewakuować większość zabranych przypadkowo „na pokład” łąkowych mieszkańców. Następnie kwiaty zalewamy wodą, stawiamy na ogniu i gotujemy ok. 20 minut. Zanim woda nabierze temperatury warto poobserwować, czy na powierzchnię nie wydostają się jeszcze jakieś robaczki, a jeśli tak – pomóc im w opuszczeniu naczynia. Na tym etapie do kwiatów dodać można sparzoną, nieobraną, pokrojoną w kawałki cytrynę. Po upływie podanego czasu gotowania garnek z wywarem należy zdjąć z gazu i odstawić na ok. 24 godziny tak, by woda wyciągnęła z kwiatów jak najwięcej dobroci.

gotowanie kwiatów mniszka

Następnego dnia wywar odsączamy, najlepiej przy użyciu ściereczki lub tetrowej pieluchy. Pozostałości po wygotowanych kwiatkach nie wyglądają zbyt apetycznie, ale  nie należy mieć im tego za złe, mając w pamięci oddane przez nie zdrowie… i życie 😉

pozostałość po wygotowanych kwiatach

Do wywaru dodajemy cukier i wyciśnięty sok z cytryny (o ile nie dodaliśmy cytryn na etapie gotowania kwiatów). Do uzyskania upragnionego miodu potrzebujemy jeszcze tylko około 3 godzin gotowania. „Gotowość” miodu rozpoznajemy po pienieniu się płynu, oklejaniu się łyżki używanej do mieszania, lub… na oko. Im dłużej pozostawimy płyn na ogniu, tym bardziej miodową konsystencję uzyskamy.

Gotowy miód wlewamy do wyparzonych słoiczków. Jego kolor może być różny: od jasnożółtego po ciemnozłoty:

kolor miodu

Życzymy wszystkim obfitego mleczobrania i udanych przetworów oraz… miodu w gębie! 😀

Dom Legend

Zgodnie z zapowiedzią zaczynamy serię niecodziennego przewodnika po Lwowie. Zabytków rzecz jasna w tym mieście nie brakuje, ale naszym zdaniem prawdziwe zwiedzanie powinno łączyć to, co historyczne, z tym, co stanowi o bieżącym klimacie i duszy miasta. Nie wyobrażamy sobie zatem, żeby po zejściu z Kopca Unii Lubelskiej (zachwycająca panorama Lwowa), po zwiedzeniu Cmentarza Łyczakowskiego (niezwykła lekcja historii), czy po wyjściu z Katedry Ormiańskiej (niewiarygodnie piękne wnętrze i tajemnicze malowidła Jana Henryka Rosena) nie skosztować tradycyjnych potraw w którejś z setek restauracji, czy nie wypić lokalnych trunków w kawiarni, piwiarni, czy innym wyszynku. Gdzie zatem warto pójść?

Po pierwsze: Dom Legend.

Dom Legend to jeden z wielu lokali Holdingu Emocji „Fest”. Zajmuje całą kamienicę przy ul. Starojewrejskiej 48.

Dom Legend
Dom Legend (front – 1. piętro)
Dom Legend
Dom Legend (front – 2. i 3. piętro)

W restauracji obowiązuje zakaz fotografowania, więc do zapoznania się z wystrojem i klimatem wnętrz muszą wystarczyć zdjęcia znajdujące się na stronie lokalu:

Dom Legend – oficjalna strona www 

Miejsce to jest jednocześnie restauracją, knajpą i atrakcją turystyczną samą w sobie. Każde pomieszczenie poświęcone jest innemu tematowi związanemu ze Lwowem – jest zatem pokój lwowskich bruków, lwowskiego czasu, lwowskich dźwięków, lwowskich… lwów, Pełtwi, a także pokój-biblioteka z książkami o Lwowie. Na parterze kamienicy znajduje się ponadto przyrestauracyjny sklepik z pamiątkami, smakołykami i innymi dobrociami.

Dom Legend - menu
Dom Legend – plan (źródło: materiały własne restauracji)
Dom Legend - menu
Dom Legend – opis i dane kontaktowe (źródło: materiały własne restauracji)

Osoby z wrażliwym błędnikiem mogą mieć problem z wdrapaniem się po schodach, ale z naszego doświadczenia wynika, że najgorsze jest pierwsze piętro i pierwszych kilka minut. Z upływem czasu i pięter dyskomfort maleje, choć uczucie „falowania” kamienicy pozostaje z człowiekiem na długo.

Wszystko w Domu Legend może i powinno zaskakiwać, dlatego też nie będziemy ujawniać zbyt wielu szczegółów. Informujemy tylko, że wbrew pozorom największą niespodzianką wcale nie musi być trabant na dachu kamienicy – zdecydowanie większe zaskoczenie może was spotkać przy barze, lub… w toalecie 🙂 O godz. 21.00 warto ponadto wyjść przed lokal, by wziąć udział w pewnym tajemniczym przedstawieniu…

Ogromną atrakcją Domu Legend jest taras na dachu kamienicy, z którego przy kawie lub kuflu piwa podziwiać można fantastyczną panoramę Lwowa.

Dom Legend - panorama

Dom Legend - panorama

Dom Legend - panorama

 

Dom Legend - panorama

 

Restauracja Domu Legend serwuje śniadania, sałatki, zupy, dania główne, desery, przekąski, ciepłe napoje i alkohole. Z pozaobiadowego menu  zdecydowanie polecamy: żywe piwo „Zenyk” i „smakolyk do piva”, czyli „frytki” z sera. Resztę sprawdźcie sami 🙂

Dom Legend - menu
Dom Legend – menu 09/2014 (źródło: materiały własne restauracji)
Dom Legend - menu
Dom Legend – menu 09/2014 (źródło: materiały własne restauracji)

 

Dobry przepis na gołąbki wegetariańskie

Gołąbki to w zimie danie idealne – rozgrzewające, sycące, zdrowe i zachwycająco smaczne. Wpisuje się też w naszą ideologię gotowania, która sprowadza się do tego, żeby gotować jak najrzadziej (bo nie za bardzo lubimy) i z jak najprostszych składników (bo skomplikowane nas przerażają), ale za to w większych ilościach (tak by część dania móc zamrozić na później) i oczywiście bez mięsa (bo tak jest zdrowo i pięknie) 🙂 Niemniej jednak polecamy nasz przepis także „mięsożercom” – sprawdziliśmy wielokrotnie, że im także smakuje.

Składniki:

  • duża główka kapusty białej
  • 2 woreczki ryżu
  • 2 woreczki kaszy gryczanej
  • 1 kg pieczarek
  • 2 jajka
  • 1 namoczona bułka
  • 2 cebule
  • olej
  • sól, pieprz, majeranek
  • bulion warzywny

Przygotowanie:

  • W dużym garnku zagotować wodę. Lekko posolić. W głąb kapusty wkręcić korkociąg (będzie służył jako uchwyt). Włożyć kapustę do wrzątku. Po paru chwilach zewnętrzne liście miękną – można je odciąć nożem i wyłowić. Stopniowo odcinać kolejne warstwy aż do „końca” kapusty. Jeśli część liści będzie wyglądać na nieco surowe (twarde) to można je jeszcze na chwilę wrzucić do wrzątku.

  • Cebulę pokroić w drobną kostkę i podsmażyć.
  • Pieczarki obrać, i pokroić w plasterki. Następnie dorzucić do cebuli i kilkanaście minut smażyć razem na niezbyt dużym ogniu. Przełożyć do osobnego naczynia.
  • Kaszę i ryż ugotować, odcedzić i dodać do naczynia z pieczarkami.
  • Gdy całość przestygnie dodać jajka, bułkę i przyprawy. Dobrze wymieszać.

  • Z liści kapusty wykroić grube „nerwy”.
  • Farsz nakładać na liść w miejscu, w którym wyrastał z główki. Boki liścia zawijać do środka, a następnie rolować.

  • Na dno głębokiej patelni położyć kilka liści kapusty. Na nich ułożyć ściśle gołąbki zawinięciem do dołu. Zalać bulionem mniej więcej do połowy wysokości. Przykryć. Dusić na bardzo małym ogniu przez około godzinę.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

  • Gotowe gołąbki przed podaniem podsmażyć na maśle.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Życzymy smacznego!

A jeśli macie przypływ weny twórczej i chcecie poeksperymentować w kuchni, odsyłamy was do naszej antykwarycznej półki z książkami kucharskimi:

http://hatteria.pl/ksiazki-kucharskie-c-32_674.html

 

„Bo gdzie jeszcze ludziom tak dobrze, jak tu? Tylko we Lwowie!” (09/2014)

Kiedy w maju tego roku wybieraliśmy się na kilka dni do Lwowa, wiele osób odradzało nam wyjazd. Bo wojna, bo źle nastawieni do Polaków Ukraińcy, bo smutno i do domu daleko. Mimo to pojechaliśmy. I co? I było tak wspaniale, że we wrześniu pojechaliśmy ponownie.

2014_lwow_17
Opera Lwowska
Dachy Lwowa
Dachy Lwowa

Czy we Lwowie widać/słychać działania wojenne? Nie. We Lwowie widać flagi, niebiesko-żółte dekoracje, tradycyjnie haftowane koszule i skarbonki na datki dla wojska. We Lwowie słychać ukraińską muzykę i że „Putin-Huilo”. A ponadto widać i słychać brak turystów. Mimo to miasto tętni życiem. Jest europejsko i swojsko zarazem i chyba właśnie to połączenie sprawia, że Lwów oczarowuje.

UE na rynku we Lwowie
Europejski kurs Ukrainy
"Make coffee not war" na lwowskim Festiwalu Kawy.
„Make coffee not war” na lwowskim Festiwalu Kawy

Czy Polacy są we Lwowie mile widziani? Prawdopodobnie wszystko zależy od tego gdzie się ucho przyłoży. My przykładaliśmy uszy w bardzo różne miejsca i ani razu nie spotkaliśmy się z wrogością czy brakiem życzliwości. Wręcz przeciwnie. Na hasło, że jesteśmy z Polski, wiele osób reagowało z ogromną sympatią i to niezależnie od poglądów politycznych (a te są dość mocno zróżnicowane, choć często sprowadzają się do jednego: ПТН ХЛО).

"Putin Huilo. Koszty killeru na Putina. Slawa Ukraini".

Witirajte nogi!

Po jakiemu mówić we Lwowie? Nie po rosyjsku! Można (zwłaszcza z młodymi osobami) rozmawiać po angielsku lub w innym zachodnim języku. Ale najprościej mówić po polsku. Większość restauracji ma menu w języku polskim, nierzadko trafi się też na kelnera władającego naszym językiem, a język ukraiński wpada w ucho tak szybko, że po 1-2 dniach zaczyna się go rozumieć w stopniu wystarczającym do codziennej komunikacji.

"Polityczna smert Putina w jajci" zaklinana w Muzeum Etnograficznym
„Polityczna smert Putina w jajci” zaklinana w Muzeum Etnograficznym
"Ukraina jedyna!". Reklama sklepów spożywczych.
„Ukraina jedyna!”. Reklama sklepów spożywczych „Rukawiczka”.

Czym jechać do Lwowa? My przetestowaliśmy autobus i pociąg z Krakowa. Pierwsza z tych opcji jest zdecydowanie tańsza (ok. 100 zł.) i łatwiej kupić bilet (internet). Do minusów należy średnia wygoda oraz fakt, że odprawa graniczna może trwać nawet kilka godzin. Długie oczekiwanie na granicy dotyczy zwłaszcza powrotu. Polacy, stanowiący zdecydowaną mniejszość, są sprawdzani pod kątem wywozu towarów (alkohol, papierosy itp.), natomiast Ukraińcy przechodzą żmudną procedurę sprawdzania paszportów, wiz, zaproszeń, ubezpieczeń i wszelkich innych dokumentów potrzebnych do wjazdu na teren Unii Europejskiej. Podróż pociągiem jest pod tym względem szybsza (celnicy działają szybko i sprawnie), wydaje się też bardziej komfortowa. Kuszetki (obowiązkowe) są dość klaustrofobiczne, ale za to w każdym momencie można wyjść z przedziału i pospacerować, skorzystać z toalety, czy zamówić u obsługi kawę po turecku w szklance z koszyczkiem (genialna). Niestety PKP życzy sobie za przejazd niemal dwa razy więcej niż przewoźnicy autokarowi, a jedyną możliwością obniżenia ceny przejazdu jest skorzystanie z którejś ze zniżek, np. dla seniorów lub dla grup.

Niedziela we Lwowie
Niedziela we Lwowie
Dachy Lwowa raz jeszcze
Dachy Lwowa raz jeszcze

Czy we Lwowie jest tanio? Bardzo! Kurs hrywny spadł tak mocno (1 hrywna kosztuje nawet poniżej 25 groszy), że wyjazd na Ukrainę jest obecnie dla Polaków niezwykle tani. Warto to wykorzystać!

Zbiórka pod hasłem "Podaruj hełm żołnierzowi"
Zbiórka pod hasłem „Podaruj hełm żołnierzowi”

Na koniec: co polecić tym, którzy się do Lwowa wybiorą? Jeśli chodzi o zabytki, to najlepiej zdać się na przewodnik lub przewodnika, natomiast w pozostałych kwestiach chętnie podrzucimy kilka pomysłów (ale zostawiamy to na kolejny wpis).

 

Dobry przepis na leczo wegetariańskie

Sierpień to najlepszy czas na leczo. Papryka, cukinia, fasolka, pomidory… wszystko łatwo dostępne, świeże i w zachwycająco przystępnych cenach. A zatem do dzieła!

Składniki:

  • 20 dkg świeżej fasolki szparagowej (poza sezonem można użyć mrożonej)
  • 2-3 kolorowe papryki
  • 50 dkg pomidorów (poza sezonem: pomidory z puszki lub koncentrat pomidorowy)
  • duża cebula
  • marchew
  • pietruszka
  • cukinia (ewentualnie duży ogórek)
  • 2-3 ząbki czosnku
  • olej
  • przyprawy (sól, pieprz, sproszkowana papryka)

To są proporcje z oryginalnego przepisu. W praktyce nigdy ich nie zastosowaliśmy, bo nie przepadając za gotowaniem (a przynajmniej gotowaniem zbyt częstym) robimy wersje wielkogarnkowe i część dania mrozimy „na później”. Co więcej, modyfikacja podanych w przepisie proporcji nie powoduje zepsucia potrawy, więc można spokojnie robić leczo według własnych upodobań, np. bardziej paprykowe, mniej czosnkowe itp.

Przygotowanie:

  • fasolkę pokroić na kawałki, ugotować w małej ilości osolonej wody na półtwardo i nie odlewać
  • cebulę pokroić w drobną kostkę, paprykę w talarki, cukinię w dużą kostkę, marchew i pietruszkę zetrzeć na tarce z dużymi oczkami
  • na patelni rozgrzać olej i kolejno zeszklić warzywa, a następnie przełożyć je do garnka z fasolą (kolejność „szklenia” jest dowolna; ważne, żeby robić to na jednej patelni, dolewając jedynie olej przed każdą kolejną porcją warzyw – dzięki temu nie tracimy smaków, które zostają na dnie naczynia)
  • pomidory obrać ze skórki, pokroić w ćwiartki, podlać odrobiną wody, postawić na ogniu, a gdy się rozgotują dodać do pozostałych warzyw (w wersji posezonowej wystarczy wrzucić zawartość puszki z pomidorami lub słoika z koncentratem)
  • całość dusić razem na wolnym ogniu przez kilkanaście minut; pod koniec duszenia dodać roztarty czosnek i przyprawy

To jest wersja wegetariańska. Mięsożercy dorzucają do garnka pokrojoną w kostkę, podsmażoną kiełbasę i twierdzą, że wyszło pyszne. My twierdzimy, że wersja bezmięsna rządzi i już 🙂

Jeśli macie przypływ weny twórczej i chcecie poeksperymentować w kuchni, odsyłamy was do naszej antykwarycznej półki z książkami kucharskimi:

http://hatteria.pl/ksiazki-kucharskie-c-32_674.html

Bon apetit!